sobota, 22 września 2012

Rozdział szósty


 Dzwonek do drzwi sprawił, że aż podskoczyłam.
Poprawiłam swoją pudrową sukienkę na ramiączka i porozumiewawczo kiwnęłam do chłopaków. Spędziłam z nimi ponad 2 godziny, a oni nadal widzieli we mnie o wiele młodszą, tajemniczą dziewczynę znikąd. Nie to, żeby mi to nie odpowiadało, ale niestety już niedługo miało się skończyć.
    - Jak dobrze, że już jesteście – uśmiechnęłam się, otwierając drzwi na oścież.
Do przedpokoju wsypało się troje ludzi – Jo, Anthony i David. Ten ostatni założył rażącą fioletowym kolorem bluzę z kapturem, a Jo chyba próbowała go przebić oczojebnymi leginsami w kolorze limonkowym.
    - To naprawdę cudowne, mieć nową sąsiadkę – klasnął w dłonie David. - Zapewne miałbym cię na oku, gdybym był odmiennej orientacji.
„Dzięki Bogu” - pomyślałam szybko, ściskając jego dłoń. Co jak co, ale ociekającego żelem chłopaka miałam tylko w wieku 5 lat – swojego kena. I broń Boże, nie chciałam tego ponownie przeżywać.
    - Jo ma dzisiaj o wiele lepszy humor, niż zazwyczaj, więc nie musisz się martwić – mrugnął do mnie Anthony, przypominając jednocześnie o tym, iż Jo nie od razu zapałała do mnie sympatią.
    - Mamy dla ciebie coś zielonego, paprotkę – odezwała się, uprzednio szturchając swojego chłopaka. - U mnie w domu wierzy się, że paprotka w nowym mieszkaniu przynosi szczęście, i tobie tego życzę – uśmiechnęła się serdecznie, że aż mnie zatkało.
    - Strasznie dziękuję – wymamrotałam.
    - Zapomniałbym! Przecież ja też coś dla ciebie mam – machnął ręką Dav. - Widziałem twoją torebkę, jest okropna. Pewnie dostałaś ją od kogoś i nie wyrzuciłaś z sentymentu?
Miałam odpowiedzieć, że tak właściwie to sama ją kupiłam, bo jest cudowna. Kto nie lubi skórzanych torebek z indiańskimi motywami?
    - Proszę, to dla ciebie – zza pleców (też nie wiem, jak ją tam schował.. chyba nie trzymał jej w spodniach z tyłu?) wyjął czarną torebkę ze skóry, na cienkim czarnym paseczku. - Mój kolega robi, z prawdziwej, krokodylej skóry.
Moje oczy musiały przypominać pięciozłotówki. Jednak zdobyłam się na podziękowanie, i jednym palcem zahaczyłam o pasek. Oczywiście, wcale nie chodziło o prawdopodobieństwo, że on trzymał to w swoich bokserkach. Ograniczając kontakt z krokodylą skórą do minimum, położyłam prezent na szafkę.

Jeżeli miałabym opisać reakcję moich gości, gdy zobaczyli w salonie 4/5 The Wanted, użyłabym określenia – chaos. Anthony spokojnie to przyjął, normalnie się przywitał bo wcale ich nie znał. Jo za to zaczęła piszczeć i przytulać się do nich, przyrzekając że jest najwierniejszą fanką. Jednak David... on niestety ucałował każdego z nich w policzek i cudem sprawiłam, że nie wręczył im swojego numeru.
Chłopcy odnaleźli się w roli gospodarzy, bo zabawiali tę trójkę świetnymi opowieściami z trasy. Historia o tym, jak Jay o mało nie spuścił w toalecie Neytiri, lub o tym, jak Sykes zgubił spodnie w tour busie, rozśmieszyły wszystkich do łez. No, może z wyjątkiem ich samych, ale nie powiem – miło było wreszcie się z nich pośmiać.
Wtedy po raz drugi zadzwonił dzwonek. Od razu wstałam i krzyknęłam już w korytarzu:
    - Jednak przyszedł nasz pan dozorca!
Spaliłam cegłę. Przede mną, zaraz za progiem, stał wysoki, opalony, ciemnooki chłopak o czarnych, błyszczących włosach sięgających ramion. Zrobiło mi się strasznie głupio, tym bardziej że mężczyzna uśmiechnął się szeroko.
    - Ja jestem...
    - Pewnie siostrzeniec pana Bartoli, tak? - spytałam cicho. - Bardzo przepraszam, ja nie wiedziałam, tylko chciałam...
    - Przecież nic się nie stało – odpowiedział, łamanym angielskim.
O tak. Jeżeli mężczyźni są przystojni, to on musiał być mega przystojny. Albo i nawet piękny, jeśli mogę tak to ująć. A w dodatku – stał na moim progu!
    - Mam na imię Leo. Leo Maxse – odezwał się nagle. - Moja mama i ja przyjechaliśmy właśnie do wujka...
    - Powiadomił mnie o tym – powiedziałam odrobinę za szybko. - Wejdź, wejdź. Proszę – wykonałam kolisty ruch ręką, poprawiając się nieudolnie..
    - Przyniosłem wino. Oryginalne włoskie, z naszej winnicy. Doskonały rocznik, mam nadzieję, że będzie smakowało – posłał mi jeden ze zniewalających uśmiechów.
Ściskając butelkę czerwonego wina od niego, zamknęłam drzwi i wprowadziłam go do salonu, przez przypadkiem zerkając na jego umięśnione barki i niewinne opadające spodnie.

    - Przecież to jest genialny pomysł – oburzył się David.
Spojrzałam na niego niepewnie myśląc, że wzbudzę w nim litość. Jednak jego oczy nadal okazywały siłę i stanowczość.
    - Daj spokój, Franka – na moim ramieniu oparł się podchmielony Tom. - Co może się stać podczas gry w butelkę?
I tak to się zaczęło. Zgodziłam się, usiedliśmy w okręgu. Max opróżnił butelkę po piwie paroma łykami, położył ją w centrum i wskazał na mnie.
    - Ty, kręcisz.
Westchnęłam i zrobiłam tak, jak mi kazali. Koniec butelki zakręcił się mocno, zatoczył parę kół, i wskazał na Jo.
Na początku ta zabawa nie była niczym specjalnym. Graliśmy tylko na pytania, by lepiej się poznać. Dowiedziałam się, że Jo pracuje jako dziennikarka i bardzo lubi tę pracę, bo jej gazeta pisze tylko prawdę. A możliwe nawet, że w przeciągu roku dostanie awans i własną rubrykę.
David żył z tego, co przejadł i przepił na imprezach. Ale mówię teraz zbyt ogólnikowo. Jest oczywiście gejem, przyznał się do tego otwarcie, a nawet udowodnił to, całując Leo. Szczerze powiedziawszy, ten drugi był bardzo zdegustowany, jednak nie miał wyboru. Wracając do Davida, pomaga on swojemu 'koledze' (jeżeli wiecie, o co mi chodzi) w małym biznesie modowym, a również organizuje imprezy na zlecenia.
Natomiast Anthony jest przemiłym i bardzo uczynnym mechanikiem, prowadzącym zakład ze swoim kumplem ze studiów i z ojcem. Powiedział mi nawet, że remontuje starego cadillaca i może mi go odsprzedać w dobrej cenie, gdy tylko będzie sprawny.
Oprócz tego, że Leo prowadzi winnicę z rodziną, a The Wanted są... The Wanted, to ja musiałam też opowiedzieć o sobie. Przyznałam się do wieku 21 lat, mimo że wszyscy myśleli, że mam najwyżej 18 (i musiałam pokazać dowód osobisty, ale to nic). Powiedziałam, że jestem z Buxton, ale wychowałam się u dziadka w Manchesterze, no i że szukam pracy jako projektantka wnętrz, ewentualnie jako kasjerka w Tesco.
Potem zaczęło robić się poważnie.
    - Weźmy, zróbmy rundkę na całowanie! - wykrzyknął Tom, a wszyscy się zgodzili.
Wszyscy oprócz mnie.
Parker, który miał w ręku butelkę, zakręcił. Zgadnijcie, na kogo wypadło? NA MNIE. 10 punktów dla Gryffindoru.
    - Ta zabawa jest głupia – chrząknął Jay niemal niedosłyszalnie.
Kiedy pomyślałam sobie, że może jest zazdrosny, ochoczo ruszyłam na środek, gdzie Tom już doszedł na kolanach. Pośród buczeń, jęków, gwizdów, i tym podobnych, dostrzegłam też zażenowanego Nathana, który bawił się butelką, jako jedyny nie patrząc na nas.
Nabrałam powietrza i przymknęłam oczy, a wtedy Tom przywarł swoimi ustami do moich. Trwało to może trzy sekundy, ale w tym czasie poczułam kilka rzeczy. Słodycz jego warg, miękkość jego warg, lekki odór piwa i jego ręka na mojej... moim... chyba wiecie gdzie.
Przynajmniej utwierdziłam się w przekonaniu, że jeżeli miałabym z kimś z The Wanted, to nie z Tomem.
    - Koniec tego, Parker!
Tę chwilę przerwał Jay, lekko odpychając Toma. Tamten wyszczerzył się, okazując ilość procentów we krwi, ale po chwili szepnął:
    - Tylko ani słowa Kelsey, jasne?
    - Easy, men – poklepał go po ramieniu McGuiness, i zadowolony wrócił na swoje miejsce.
Co było dalej? Wylosowałam Nathana. To było makabryczne uczucie, gdy główka butelki skierowała się właśnie na niego. Serce natychmiast poderwało się do góry, a ja spłonęłam rumieńcem. On tylko uśmiechnął się zawadiacko, a gdy już byliśmy naprzeciwko siebie (niebezpiecznie blisko), szepnął tylko:
    - Spokojnie, będę delikatny.
Jak powiedział, tak zrobił. Spoglądając mi w oczy, subtelnie dotknął wargami moich ust, a kciukiem rozpalonych policzków. Podczas tego pocałunku, w który mimo woli się zaangażowałam, uświadomiłam sobie, że... że Nathan umie całować, tylko tyle. Bo przecież przyspieszone bicie serca, u mnie i u niego oraz świetny smak jego ust nie mógł znaczyć nic więcej.
Tym razem również zainterweniował Jay, jednak dzięki Bogu – w dalszej rozgrywce nie musiałam się z nim całować.

    - To dobrze, że tu trafiliśmy – odezwał się Max.
    - Co? Czemu? - spytałam, zdezorientowana.
Z całowania przeszło na wyzwania. Moim miało być '7 minut w raju' z przystojniakiem. Rajem została nazwana moja łazienka, a przystojniakiem Max. Z dwojga złego, lepiej Max niż Tom... Albo co gorsza – Jay.
    - Fran, wiem kim jesteś – powiedział, stając naprzeciwko. - Domyślałem się od dawna, ale... no tak, wiem to na pewno.
    - Max, o czym ty mówisz? - parsknęłam śmiechem, ale zaczęłam się denerwować. - Jestem Francessa Orchard, tylko tyle.
    - I Fancy, czyż nie?
Przed oczami przeleciało mi nagle mnóstwo obrazów, twarzy i wspomnień. Jeszcze raz zobaczyłam siebie, kiedy w wieku 16 lat poszłam na przesłuchanie do talent show i nie przeszłam. I wtedy, kiedy współpracę zaproponowała mi Alisha Toison, jako suport na jej koncertach w trasie po Europie. I to, jak przybrałam przezwisko 'Fancy'. Jak ludzie mnie kochali, jak czułam się doceniona... A potem, gdy Alisha z zazdrości zwolniła mnie i zabrała wszystkie moje piosenki. I wtedy, gdy musiałam uciec. Uciec, jak zwykły tchórz.
    - Skąd wiesz? - zapytałam, nie poznając swojego głosu.
    - Twoja barwa, wygląd, sceptyczność wobec tej całej Alishy... Nie wiele się zmieniłaś, Fran – uśmiechnął się, kątem ust. - Byłem twoim fanem, kiedyś.
    - Tak... To wszystko wyjaśnia – zasępiłam się.
    - Co się tak właściwie stało?
Spuściłam głowę. Chyba nie miałam ochoty tego opowiadać, ale czułam, że Maxowi mogę bezgranicznie zaufać. Czułam, że... że on nigdy mnie nie skrzywdzi. To było takie dziwne, ale starczyło spojrzeć w jego szare oczy i już – byłaś zakochana. Oczywiście, w jego osobowości.. Max nie podobał mi się AŻ tak, jak myślicie.
- Więc... To było tak...

Jeżeli myślałam, że to będzie zwykłe spotkanie, to grubo się myliłam. Muzyka grała pod okiem Davida, ale tak, że aż okna trzeszczały, a podłoga wydawała się ruszać. Dziękowałam Temu na górze, że pana Giuseppe nie było w tym budynku teraz.
Jedyne, co było wielce zaskakujące to to, że Leo się ze mną umówił. Sam zaproponował spotkanie jutro wieczorem. Byłam wniebowzięta i szybko się zgodziłam.
Kiedy już zupełnie nic mi się nie chciało, a dochodziła trzecia w nocy, weszłam do niesamowicie ciemnej sypialni, którą oświetlały tylko lekko lampy z ulic. Położyłam się na łóżku i zaczęłam wpatrywać w ciemny sufit. Oddychałam płytko, zasłonki latały w powietrzu za sprawą londyńskich podmuchów.
    - Myślałem, że będę tu sam.
Wzdrygnęłam się i dopiero teraz zobaczyłam obok siebie rysy twarzy Nathana. Miał lekko podkrążone oczy, ale i tak się uśmiechał.
    - Ja też, ale chyba możemy poleżeć tutaj... sami – szepnęłam bez przekonania.
I tak było. Milczeliśmy, tylko muzyka bębniła przez drzwi. To trwało jakieś trzy minuty. Wtedy powiedział:
    - Wiesz? Świetnie sobie poradziłaś... Naprawdę, wszyscy cię polubiliśmy.
I wtedy stała się rzecz ekstremalnie niemożliwa. Poczułam w swojej dłoni przyjemne ciepło – jego dłoń. Dobrze, że było ciemno – inaczej uśmiałby się z mojej zdezorientowanej miny.
    - Orchard? Fra-... - światło się zapaliło, głos Jaya zamarł, a Nathan natychmiast zabrał rękę. - Nie chciałem przeszkodzić...
    - Nic się nie stało, McGuinness – odparłam spokojnie, jednak trochę za chłodno. - O co chodzi?
    - Leo i Max... się biją chyba – powiedział z jakąś dziwną nutą w głosie.

Ich bijatyka była kłótnią o to, który klub piłkarski jest lepszy. Rzecz jasna, Max jako zapalony piłkarz i kibic, nie dał sobie w kaszę dmuchać.
Kiedy sąsiedzi zaczęli już wychodzić, a do moich drzwi zapukał Kumar – brat bliźniak Sivy – ucieszyłam się. Oznaczało to koniec tej imprezy, jednak początek moich dylematów.

Wybaczcie mi, że tak strasznie późno dodaję. Jednak lepsze to, niż nic.
Straciłam wszystko, co miałam na komputerze przez tą naprawę. Inaczej, rozdział byłby dodany już dawno temu. Ale przekonuję się, że druga klasa gimnazjum to nie raj, i też trzeba troszkę posiedzieć nad lekcjami.
W każdym razie, błagam o komentarze pozytywne, bo nie wiem, czy chcecie mnie z powrotem. ;D
W tym rozdziale trochę Frathan, nie wiem, co myślicie. ;D 
I tak a propo - wiecie że Fray (Fran+Jay) oznacza bitwę/walkę? Wydaje mi się, że idealnie do nich pasuje. 


piątek, 7 września 2012

Informacja.

Przez około tydzień nie będę mieć komputera, a to oznacza też brak notek.
Mój 'Henio', jak go nazywam, ma już swoje lata, a teraz poszedł cały dysk twardy... Oznacza to, że raczej nie odzyskam wszystkich pisanych już rozdziałów i materiałów. Nadal jest w naprawie, a gdy wróci - szybko biorę się do pracy, obiecuję! = )
To tyle. Mam nadzieję, że będziecie cierpliwi. :))

PS. W ankiecie zremisowali Nath i Jay, więc nie wiem, co to oznacza. Prawdopodobnie i tak zrobię swoje, nie denerwujcie się. ;D

środa, 29 sierpnia 2012

Rozdział piąty


 Było już po ósmej, gdy się obudziłam. Słońce bezczelnie wpadało do pokoju, prosto na moją twarz. Dodatkowo ptak, który próbował wpaść do mojego pokoju przez zamknięte drzwi balkonowe spowodował, że chcąc nie chcąc – musiałam wstać.
Ubrałam na siebie przewiewną koszulę bez rękawów, koloru brudnej bieli. Wcisnęłam się jeszcze w kanarkowożółte szorty z tamtego roku z wysokim stanem, których nie wyrzuciłam z sentymentu. Koszulę lekko wpuściłam w spodenki, tak by swobodnie zwisała. Włosy były na tyle niesforne, że nie mogłam zrobić z nimi nic innego, prócz wysokiego kucyka. Ten bordowy kolor nie był aż taki zły, chyba się przyzwyczaiłam...
Usłyszałam z ulicy pokrzykiwania i gwar. Automatycznie zarzuciłam na nogi szare conversy, a usta przejechałam szminką od Megan. Porwałam z kuchni lnianą torbę ekologiczną, i uprzednio zamykając drzwi na klucz, zbiegłam na dół.
Oślepiło mnie słońce – pierwszy powód wczesnej pobudki. Nie chciało mi się już wracać po okulary przeciwsłoneczne, więc jedyną ochroną była ręka na czole. Ulica wyglądała teraz zupełnie jak wyjęta z Manchesteru. Na skraju naszej ulicy też rozstawiano targ, gdzie codziennie rano biegłam po świeże warzywa. A teraz? Mam to pod samiutkim nosem.
Ludzie przepychali się, ograniczeni niewielką przestrzenią w przejściach. Stoiska migotały w słońcu, pokryte jeszcze wczorajszą rosą. Powoli zbliżałam się w tamtym kierunku, bo mnie nigdzie się nie spieszyło.
- Fran! Co tak rano wstałaś?
Rozpoznałam ten głos, mimo że słyszałam go dwa razy w życiu. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu potężnej postaci Anthony'ego, którą wydawałoby się – można było tak łatwo znaleźć.
- Jakoś tak wyszło. Normalnie śpię do południa – uśmiechnęłam się nieśmiało, podchodząc do chłopaka po udanych poszukiwaniach.
- Dzisiaj nauczę cię, jak kupować i nie zgłupieć. Ten targ to prawdziwy tor przeszkód – westchnął, gdy szliśmy ramię w ramię. - Jeżeli chcesz kupić dobre warzywa, zawsze przychodź do tej kobiety. Uprawia je sama, zero chemii – mówił, wskazując na staruszkę, rozkładającą paprykę.
Kiwnęłam głową i szłam za nim dalej. Pokazywał mi każdy zakątek tego targu, jakbym była jego siostrą i teraz przyjechałam w odwiedziny. Urzekła mnie jego postawa wobec mnie, zwykłej obcej z Buxton.

Do mieszkania wróciłam z torbą pełną świeżych owoców, jajek i nieszkodliwymi warzywami. Kupiłam też niewielką paczuszkę świeżej ziemi, bo od wczoraj nie posadziłam kaktusów.
Kilka razy, te małe potwory z kolcami, mocno mnie skaleczyły. Marzyłam o tym, żeby nikt nie przyszedł i mnie nie uciszył. Po kwadransie walki, zupełnie wykończona zaczęłam wylewać połowę wody utlenionej na dłoń, jakbym miała umrzeć od paru zadrapań... Żałosne.
Znowu usłyszałam pukanie i poczułam mrowienie w podbrzuszu. Czy to możliwe, że chłopcy przyszli tak wcześnie?
Otworzenie drzwi przyniosło mi więcej szoku, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Jo, tym razem w lazurowej kurtce (pieszczotliwie nazywanej przeze mnie siatką na komary), stała na moim progu z twarzą wykrzywioną w dziwnym grymasie. Chyba próbowała się uśmiechnąć.
- Jo! Wejdziesz? - udawanie zdziwienia nie przyniosło mi żadnych trudności.
- Ja tylko na chwilkę – powiedziała jakimś cieplejszym głosem i wstąpiła do przedpokoju.
- Chodź do salonu, siadaj – odparłam, zamykając drzwi.
- Nie, nie... Tylko chciałam jakoś się usprawiedliwić... Nie chcę, żebyś wzięła mnie za snobkę. Po prostu nie jestem taka otwarta jak Anthony – mówiła, zerkając co chwila na podłogę. - Wczoraj byłam niemiła, ale to chyba cecha dziennikarek.
- Ale nie ma sprawy, nie przejęłam się tym – wtrąciłam szybko, ale zaraz uświadomiłam sobie sens, który nie był wcale miły. - Znaczy, nie przekreślałam naszej znajomości tak od razu – wydusiłam, ostrożnie dobierając słowa.
- O 12 idę robić pranie. Skoro mój chłopak już pokazał ci, jak obsługiwać się na targu, to ja... Pomyślałam, że...
- Chętnie dołączę – odpowiedziałam, a ona odetchnęła.

Nie można oceniać ludzi po pozorach – to stwierdzenie trafiło do mnie tak samo, jak do Jo. Co prawda, nie stałyśmy się od razu najlepszymi przyjaciółkami, ale sporo rozmawiałyśmy. A ja pierwszy raz ujrzałam pralnię na oczy i pozbyłam się czerwonej plamy po czerwonym winie na koszulce w paski. Pralnia wyposażona była w trzy pralki i dwa, duże metalowe stoły do prasowania lub składania ciuchów. Sam pan Giuseppe denerwował się, że zostawił tutaj swoje prywatne żelazko, a potem stało się rzeczą publiczną, bo wszyscy zaczęli z niego korzystać. Po niecałych trzydziestu minutach znów znalazłam się w domu, tym razem z wyznaczonym celem. Musiałam przygotować coś do jedzenia na dziś.
Wstawiłam jabłecznik do piekarnika, a w międzyczasie zrobiłam masę koreczków i różnego rodzaju kanapek. W moim zwyczaju, wygodniejsza byłaby kolacja z krwi i kości – jakaś zupa, drugie danie i deser. Nareesha odradziła mi tego przez telefon i powiedziała, co lepiej się sprzedaje w Londynie. Dlatego też do lodówki zapakowałam już trzy tacki zimnych przekąsek, biorąc się za sałatkę z gotowanym kurczakiem – na wypadek gdyby ktoś zgłodniał, a byłby na diecie.
Wyłożyłam miskę sałatą i właśnie wrzuciłam na wierzch lekko parujące kawałki białego kurczaka, gdy usłyszałam pukanie. Chyba powinni tu założyć domofon, albo ja chociaż dzwonek do drzwi...
- Chwila! - krzyknęłam, prawie parząc sobie ręce garnkiem z gorącą wodą.
Odłożyłam go przez ścierkę na kuchenkę i wytarłam szybko ręce. Przebiegłam przez kuchnię z rozwianymi włosami i w ciągu paru sekund otworzyłam drzwi. Nie stał tam spodziewany listonosz, ale Max, Tom, Nathan i Jay. Chyba już powoli zaczynam się przyzwyczajać, że The Wanted codziennie do mnie wpadają.
- Cześć – uprzedził mnie Nath, wymijając i wchodząc do mieszkania.
- Nie myślałam, że będziecie tak wcześnie – odezwałam się, zamykając drzwi za Tomem.
- My też nie, ale nie mieliśmy co robić – wyszczerzył się Max.
- Siadajcie w salonie, ja muszę dokończyć sałatkę – mruknęłam, drapiąc się po karku.
- Gotowanie? Mogę ci pomóc? - zapytał Nathan z podekscytowaniem.
- Niech będzie...
Wchodząc do kuchni usłyszałam dźwięk włączanego telewizora i kłótnię o program. Zaraz po tym w całym mieszkaniu bębnił głos prezentera sportowego z jakiegoś meczu.
Sykes wyglądał dzisiaj całkiem dobrze, a nawet lepiej. Lubiłam go z podniesioną grzywką i bez prześmiewczego uśmiechu na twarzy. Ubrany był w T-shirt z Kaczorem Donaldem (trochę to dziwne, jak na dorosłego mężczyznę) i dżinsy z lekko opuszczonym krokiem.
- To tylko sałatka, nie ma co tutaj robić – odparłam, dochodząc do deski z umytymi pomidorami.
- Mogę zrobić sos – zauważył, unosząc jedną brew. - Nie jestem w tym aż taki zły.
Nie byłam przekonana, tak samo jak on przekonywający. W końcu jednak uległam i powiedziałam, że wszystko co jest w lodówce, jest do jego dyspozycji.
- Mogę o coś zapytać? - zaczął, szperając w lodówce.
- Już to zrobiłeś, ale niech będzie – westchnęłam, rozdrabniając pomidora na kostki.
- Masz duże mieszkanie, dużą lodówkę, łazienkę dla dwojga... Albo jesteś bardzo bogata, albo kogoś masz – mówił, lekko ochrypłym głosem.
- Chyba miałam – chrząknęłam, wpatrując się w pomidora. - Skoro już musisz wiedzieć, to nie jest moje mieszkanie. Nie tylko moje – zawahałam się. - Miałam tu zamieszkać z narzeczonym.
- Z narzeczonym? - zakrztusił się lekko, aż chłopaki z salonu musieli go uciszyć. - Nic nie mówiłaś.
- Bo nikt nie pytał – odpowiedziałam wymijająco, obserwując go uważnie.
- Ogólnie, mało o tobie wiemy... Powinnaś nam przedstawić tego narzeczonego. To dziwne, że jeszcze go nie spotkaliśmy – ciągnął, mieszając coś w miseczce.
- Nie mówiłam, że z nim mieszkam – prychnęłam, biorąc się za ogórki. - Rozstaliśmy się, a mieszkanie zostało dla mnie. Tylko tyle – wzruszyłam ramionami.
Kiwnął głową, pokazując że rozumie. Na jego dokładnie ogolonej twarzy pojawił się wątły uśmiech. Pewnie pomyślał, że nikt nie umie ze mną wytrzymać dłużej i dlatego się rozstaliśmy. Widząc, jak usiłuje coś powiedzieć, uprzedziłam go.
- To ja zerwałam, bo mnie zdra... bo zakochał się w innej – powiedziałam cicho, krojąc ogórka.
- Chciałem tylko spytać, gdzie masz przyprawy...
Odskoczyłam od deski i wydałam z siebie nieokreślony jęk. Włożyłam do ust krwawiącego palca, a Nath zareagował natychmiastowo. Oszczędził sobie głupich pytań, co się stało. Podszedł, złapał mnie za rękę i włożył ją pod kran, puszczając zimną wodę. Przez kilka sekund obydwoje wpatrywaliśmy się w spływającą krew, która w niemałych ilościach wirowała w odpływie. Potem chłopak spojrzał na mnie, upewniając się, że wszystko w porządku. Poczułam jakieś dziwne onieśmielenie.
- Od rana nie mogę się skupić... Cały czas robię sobie krzywdę – szepnęłam zgodnie z prawdą.
Najpierw kaktusy, potem poparzenie... Zawsze byłam fajtłapą.
- Dlatego lepiej ja skończę te ogórki, a ty zobacz, co z sosem, okej? - zapytał, uśmiechając się kącikiem ust.
Robota w kuchni poszła błyskawicznie po zamianie ról. A ja nawet zaczęłam się przekonywać do Nathana, chociaż proste było, że razem z Jayem będzie zupełnie taki, jak wcześniej. Na palcu została mi już tylko mała ranka, którą zakleiłam plastrem. Sałatka została przykryta folią, a my wróciliśmy do salonu.
- Właśnie miałem po was iść – odezwał się Tom, nie odrywając wzroku od telewizora.
- Widzę – burknęłam, słysząc kolejne pukanie.
Tym razem, za drzwiami stał mój wyczekiwany gość – listonosz. Krzyknęłam, że zaraz wrócę i pobiegłam za mężczyzną na dół.
- O mój Boże – wydusiłam, widząc przesyłkę.
Na wybrukowanej ulicy stał czarny fortepian z domu dziadka, zaklejony jakąś dziwną folią. Ślicznie świecił w czerwcowym słońcu.
Ma pani szczęście, że dostaje takie przesyłki – skwitował starszy listonosz. - Niech pani tylko podpisze.
Podsunął mi pod nos kartkę papieru z drukowanymi napisami, których nawet nie czytałam. Nabazgrałam swój podpis, który był mało czytelny. Czym prędzej podeszłam do instrumentu, z czułością gładząc go po klapie. Tyle czasu spędzonego na graniu, tyle ułożonych melodii...
- Wow – usłyszałam za plecami zachrypnięty głos Toma.
- Od kogo to? - dołączył się Max, wskakując na plecy przyjaciela.
- Od dziadka – odparłam z dumą.
- Chłopaki, to robota dla prawdziwych mężczyzn – odchrząknął Jay, przepychając się na przód.
Nawet nie zauważyłam, kiedy pojawił się obok mnie i zaczął uważnie oglądać każdy bok fortepianu. Po tym, podniósł głowę i spojrzał na mnie z uśmiechem. O ile w ogóle mógł na mnie spojrzeć bez uśmiechu.
- Solidna robota, naprawdę – pokręcił głową. - Tylko nie wiem, jak to wniesiemy.
- Ale poradzicie sobie? Bo jeżeli nie, to...
- Spoko loko! Damy radę – machnął ręką Max, biorąc pod ramię Jaythana.
- Muszę lecieć jeszcze do sklepu, bo nie jestem pewna, czy kawa dzisiaj wystarczy – powiedziałam, kiedy oni przymierzali się do fortepianu.
- Tom z tobą pójdzie, prawda? - rzucił Max, jako przodownik pracy.
- Chętnie! - zawołał, obejmując mnie ramieniem bez przeszkód.
- Nie rozpędzaj się, kowboju – zaśmiałam się, zdejmując jego rękę. - Muszę jeszcze iść po pieniądze.

Szliśmy prawie ramię w ramię. Tom nie czuł się ani troszkę skrępowany (przynajmniej on) i zdjął swoją koszulkę na środku ulicy. Wiem, mi też dokuczało słońce, no ale... Dobra, tak naprawdę to przyjemnie było popatrzeć na jego tors w rzeczywistości.
- Kelsey to bardzo fajna dziewczyna... Powinnyście się poznać i chyba będzie okazja – mówił, gdy spytałam go o jego dziewczynę.
- Zazwyczaj inaczej się odpowiada... Na przykład: „Kocham ją, jest nam bardzo dobrze razem” - zmarszczyłam czoło.
- Nie lubię brać rzeczy na poważnie – odparł szybko, że ledwo go zrozumiałam. - Ona jest moją dziewczyną, ale przede wszystkim przyjaciółką.
- Dlaczego powinnam ją poznać? W końcu nie jestem nikim ważnym – uniosłam brew, po raz kolejny podczas tej rozmowy.
- Widzę, że lubisz szukać dziury w całym – zaśmiał się głośno. - Teraz jesteś naszą znajomą i przyjaciółką Sivy i Nareeshy... Chyba że nie chcesz należeć do naszego towarzystwa, to wystarczy słowo – odpowiedział, nadal lekko się śmiejąc.
- Nie mam nic przeciwko – podniosłam ręce. - Im więcej przyjaciół, tym lepiej, prawda?
- Otóż to, Młoda! Podoba mi się twój tok rozumowania – poklepał mnie po głowie.
Zastanawiałam się chwilę, czy to Seev sprzedał mu ten patent, ale właśnie weszliśmy do sklepu.
- Hej, Tom. O jakiej okazji mówiłeś? - zapytałam, podążając do regału z alkoholami.
- Siva ci nie mówił? - zdziwił się szczerze.
- Chyba nie – sięgnęłam po butelkę białego wina wytrawnego.
Więc nie będę psuł niespodzianki – podsumował, wyraźnie zadowolony.
Lubicie mnie denerwować, prawda?
Nie odpowiedział, bo właśnie zbierał parę piw. Miałam już coś powiedzieć, ale odpuściłam. Może są na świecie ludzie, którzy kochają piwo tak, jak ja go nie lubię.
- Widzisz, Edward? Takie młode, a już pijaki – zapiszczała staruszka, patrząc na nas z obrzydzeniem.
Za to „Edward”, ciągnięty przez nią za rękę, pochwalił nasz wybór skinieniem głowy. Gdy odeszli, zaczęliśmy się histerycznie śmiać, co bardzo nie spodobało się kilku osobom. A dokładnie trzem kasjerkom i reszcie osób w markecie.

Rozbawieni wpadliśmy do mieszkania, nie napotykając kolegów na ulicy. To oznaczało jedno – udało im się wtargać na górę fortepian, albo go sprzedali. Osobiście zostałam mianowana przez Toma nową koleżanką do odpałów. Nie brzmiało to bardzo wyniośle, ale obiecująco.
Parker zabrał ode mnie torbę z trunkami, a ja sama weszłam do salonu. Teraz, w najlepiej oświetlonym kącie, stał fortepian. Jay położył się na górze, Nathan siedział na stołku obitym białym materiałem, a Max niczym hostessa prezentował instrument. Bardzo się starałam, żeby nie wybuchnąć śmiechem, bo robili przy tym co najmniej głupie miny. Pewnie by mi się udało, gdyby do salonu nie wszedł Tom i zaczął rechotać, a po nim Jay, Max, Nathan i oczywiście ja.
- Tom, przestań – powiedziałam, nadal się śmiejąc. - Chyba należą im się brawa.
- Dokładnie! - zawołał i zaczął klaskać w dłonie tak szybko i tak uparcie, że przypominał mi sąsiada Davida.


It's Wanted Wednesday, więc powitajmy też nowy rozdział! 
Wiem, że spodziewaliście się już parapetówki i przepraszam. Jednak spokojnie, w następnym już będzie, a nawet w całym szóstym rozdziale. : )
Hmm... Niezła rywalizacja, co? Teraz prowadzenie objął Jay, co mi wcale nie przeszkadza, bo odrobinę dużo tych blogów o Nathanie... No ale kto wie, może jeszcze Tom lub Max wygrają?
Chcelibyście, bym zrobiła podstronę z bohaterami? Teraz przy piątym rozdziale chyba się nie opłaca, ale chcę znać Wasze zdanie. ; )
No i już przedostatnia sprawa. Jak nazywałyby się paringi w tym opowiadaniu? Fray, Frathan, Frax, From... Raczej nie. Co Wy o tym sądzicie? ;]
No i ostatnia, najostatniejsza sprawa! Komentarze. Ostatnio dobiliśmy do 11, ale czy dało by się to jeszcze przebić?
Już nie męczę, niech The Wanted będą z Wami!