wtorek, 16 października 2012

Rozdział siódmy



Ranek - to zdecydowanie jedna z moich znienawidzonych pór w ciągu dnia.
Tym bardziej po imprezie u siebie w domu, dodałam w myślach.
No bo, nie oszukujmy się - gdy tylko wstałam, od razu nadepnęłam na odłamek szklanej butelki po piwie, które dokupił wczoraj Max. Potem sprintem pobiegłam do łazienki po wodę utlenioną, i prawie połowę buteleczki wylałam na nogę.
Świat wydawał się odrobinę lepszy po dosyć długiej kąpieli i po założeniu świeżo wypranych ubrań. O wiele gorzej, gdy zobaczyłam stan swojego salonu, jednak w dwie godziny poradziłam sobie ze wszystkim. Zwracając uwagę na plastik, szkło i papier, wszystkie śmieci posegregowałam... No bo co z tego, że potem i tak trafiły do jednego worka?
W każdym bądź razie, po odkurzeniu każdego zakamarka i po wytarciu każdej gładkiej powierzchni, pochłonęłam śniadanie (taa, tosty, by nie powiedzieć - suchary) i zeszłam na dół ze wspomnianym wcześniej workiem śmieci. 
Po drodze spotkałam Jo, która bynajmniej nie wyglądała na bardzo do życia.
- Fran! Świetnie cię widzieć - powiedziała, trąc oczy.
Oho! Prawdopodobnie czymś się zatruła, albo coś zgubiła. I na czyją odpowiedzialność?
- Och, cześć Jo - odezwałam się głośno i wyraźnie, na wszelki wypadek.
- Zupełnie wyleciało mi wczoraj z głowy. Mam dla ciebie pracę! Mój kolega z gazety, gdzie pisze w rubryce o mieszkaniu i takich tam duperelach - tutaj machnęła ręką - prowadzi własne biuro projektantów wnętrz. Ostatnio zwolniła się u niego kobieta, z powodu ciąży... Szuka kogoś na jej stanowisko. 
- To fantastycznie! - krzyknęłam, sama się dziwiąc własną reakcją.
To musi być ten kac, pomyślałam.
- Jutro zaczynają się rozmowy kwalifikacyjne... Daj tylko jakąś kartkę, to zapiszę ci adres i numer telefonu do firmy!

`~`~`

Wystukałam ostatnie litery i poczułam się o niebo lepiej. Pisanie CV to naprawdę męczące zajęcie. Chociaż teraz musiałam jeszcze znaleźć jakąś drukarkę...
Poszłam do Jo i Anthony'ego, jednak oni nie mieli. Na dół nie chciałam schodzić, bo po co miałabym spotkać Leo? I tak jestem już dziś z nim umówiona...
Więc poszłam na górę.
Zapukałam, a David prawie natychmiast mi otworzył. Trochę mnie to zdziwiło, ale nieznacznie.
- Cześć, mam pyta-...
- Och, co mi będziesz na korytarzu stała? - swoim zwyczajem mi przerwał. - Chodź szybko do środka! Dobrze się składa, akurat kogoś poznasz.
Pociągnięta za rękę, weszłam do mieszkania Davida. Było bardzo eleganckie i ekskluzywne. Fiolety grały pierwszorzędnie swoją rolę i świetnie kontrastowały z mocną zielenią. Od razu znalazłam się w jego salonie. 
Na kanapie - długiej i łaciatej - siedział mężczyzna. Blond włosy falami opadały mu na czoło, a spod nich błyskały jego niebieskie tęczówki, które przyciągały uwagę. Był chyba wysoki i szczupły, do tego bardzo modnie ubrany.
- Francesso, poznaj mojego przyjaciela, Erica.
Chłopak wstał. I nie myliłam się, co do jego wzrostu. Musiałam mocno zadrzeć głowę, by spojrzeć na jego twarz. A trzeba wspomnieć, że do niskich wcale nie należałam.
- Bardzo mi miło - odezwał się ciepłym, męskim głosem.
- Eem... Mi również - wydukałam.
Nie wiedziałam, gdzie oczy podziać. Był przystojny, wysoki, męski... Przecież to raczej niemożliwe, by był "przyjacielem" Davida.
- Fran, Kochana, czego to ode mnie chciałaś? - zagadnął David.
- Potrzebowałabym drukarki - uśmiechnęłam się przymilnie.

`~`~`

- Więc jesteśmy umówieni?
- Nie wiem, czy mogę cię tak wykorzystywać - powiedziałam, ściskając w ręce świeżo wydrukowane arkusze.
- Przecież tylko bym cię podwiózł! I tak muszę jechać do centrum na zakupy - oburzył się. - Ślub mi się szykuje, przecież muszę jakoś wyglądać - dodał.
- No dobrze, skoro masz ochotę marnować paliwo - mruknęłam.
I zbiegłam po schodach na pierwsze piętro, gdzie przy numerku mojego mieszkania, stała piątka chłopaków. Przez chwilę pomyślałam, że to Seev wrócił, jednak to był Kumar. Rozpoznałam po zupełnie innej, nowej fryzurze.
- Cześć, Franka!
- Parker, jeszcze raz tak na mnie powiesz, to zgnijesz w czyśccu - pogroziłam mu.
Zarechotał, więc wszyscy się rozchmurzyli. A chmury gradowe nad nami krążyły, bo chyba wszyscy mieli kaca. No, oprócz Kumara.
- Co was do mnie sprowadza? - spytałam, wchodząc do mieszkania.
- Nie mieliśmy co ze sobą zrobić, i wpadliśmy - ziewnął Nath. - Chyba nas przygrniesz?
- Nie każcie mi ciągle siedzieć w tym mieszkaniu - jęknęłam.
- No i to jest myśl! - wyrwał się Max.
- Kręgle! - krzyknęliśmy jednocześnie z Jay'em.
- Przynajmniej wszyscy się zgadzają - westchnął Sykes.
- Ja prowadzę! - wrzasnął Kumar, już w drodze na dół.

`~`~`

Kręgle przyniosły śmiechu, co nie miara. Jako dziewczyna byłam ostatnia w kolejce, ale to akurat dobrze mi zrobiło. Mogłam przyjrzeć się ich sposobom rzucania. A było ich baardzo dużo. Od rzutu z piruetem, po rzucanie na klęczkach, aż do ślizgu po podłodze razem z kulą.
- Fran, napewno chcesz grać? - zagadnął mnie Max, obserwując Kumara. - Nie chcemy, żebyś się ośmieszyła...
Zostały trzy kręgle.
- Jesteś kochany, że się tak o mnie martwisz - odparłam, uśmiechając się kpiąco.
- Nie dość, że przerastamy cię siłą, to jeszcze intelektem...
- Nie przesadzaj.
- To jest naukowo udowodnione! - dołączył Kumar. - Mężczyźni są mądrzejsi od kobiet.
- Bo kobiety nie dały wam jeszcze nawet próbki swojego intelektu - odezwałam się, patrząc tym razem na Toma.
Został jeden.
- Nie baw się w feministkę - chrząknął Nath, zajmując miejsce Maxa.
- Inteligencja nie jest cechą płci, ale poszczególnych jednostek - usłyszałam nas sobą Jay'a.
- Poeta - mruknął z niesmakiem Tom.
Parsknęłam lekkim śmiechem, na co Max się oburzył, bo właśnie wracał z przegranej bitwy z kręglami.
- Jay to taka szuja, wiesz? - zagadnął mnie Nathan, gdy Loczek poszedł rzucić. - Jest w stanie zdradzić nasz męski sojusz tylko po to, by się tobie przypodobać.
Dalej już nie słuchałam, bo zapatrzyłam się na bezbłędny rzut McGuinessa.
Potem rzucał Nath (z czterema kręglami, które się ostały), no i przyszła kolej na mnie. Zgarnęłam żółtą kulę, a za plecami usłyszałam gwizdy i okrzyki, typu:
- Nie przejmuj się, jak ci nie pójdzie!
Lub:
- Damy ci fory!
Jeszcze zobaczymy, pomyślałam. Podśpiewując sobie pod nosem "Helenę" zespołu My Chemical Romance (to moja szczęśliwa piosenka, wiem że bez sensu), rzuciłam z impetem kulę i siebie razem z nią. Zdążyłam wesprzeć się na dłoniach, które zamortyzowały upadek. Szybko podniosłam głowę, akurat gdy kula rozbiła wszystkie kręgle.
- No nie wytrzymam...
- Widzieliście to?
Uśmiechnęłam się pod nosem, otrzepałam i wstałam. Potem odwróciłam się i głośno zaśmiałam na widok min chłopaków. A potem powiedziałam:
- Spokojnie, chłopcy. Inteligencja nie zależy od płci, tylko od poszczególnych jednostek.
I podeszłam do naszego stolika, by się czegoś napić.

- Chcesz?
Przed oczami pojawiła mi się czerwona paczka Skittlesów. To nie było dziwne, dopóki nie zobaczyłam charakterystycznych bransoletek i tatuażów na ręce tego kogoś, kto ją trzymał. A był to właśnie Loczek.
- Oczywiście - zaśmiałam się.
Usiadł obok mnie. Owiało mnie zimne powietrze i zapach naprawdę dobrych, męskich perfum. Rozerwał paczkę jednym silnym ruchem i wyciągnął ją w moją stronę.
- Co ci się stało, że przychodzisz do mnie z własnej woli? - zapytałam, biorąc parę do ręki.
- Tak właściwie to założyłem się z chłopakami, że ci się nie uda... - podrapał się po głowie. 
- Nie wierzę, że na mnie liczyli.
- Będę szczery - westchnął. - Tylko Nathan i Kumar na ciebie stawiali.
- Szowinistyczne świnie! Tylko dwóch? - zdziwiłam się.
Roześmiał się, co pięknie brzmiało. No dobra, przyznaję się publicznie - lubię jego głos. Oprócz tego, oczy i włosy. I plecy. I usta.
- Nie wyglądasz na taką... - wykonywał dziwne ruchy rękami, aż w końcu odetchnął głośno. - Na taką.
- Eee.. dzięki - zaśmiałam się, a on zaraz po mnie.
I wtedy przyszedł Max.
- Stary, grasz czy randkujesz?
- A, już - mruknął, wziął garść Skittlesów i pobiegł do torów.
A kiedy wstawałam, Max puścił mi oczko. Albo tylko mi się wydawało?

`~`~`

- Musiałaś oszukiwać!
- Tom, jak można oszukiwać w kręglach? - zapytałam przez śmiech.
Zamyślił się głęboko, omiatając wzrokiem sufit. W tym samym czasie Max otworzył niebieskie drzwi do raju - mojej kamienicy, i wpuścił mnie pierwszą.
- No patrzcie! A jeszcze dwie godziny temu jej mówił, że jest od nas głupsza - pokręcił głową Kumar.
- Mamy chyba inny problem - zasępił się Nathan, zamykając te same drzwi.
Chłopcy przystanęli, więc ja też. I bynajmniej, Sykesowi nie chodziło o nadal zamyślonego Toma.
- Też ich zauważyłeś? - spytał go Jay.
- Chwila, chwila... Kogo? O co chodzi? - wtrącił Max.
- Banda jakiś paparazzi czychała na nas w parku, a teraz tutaj przy targu - wyjaśnił Sykes. - Za często wpadamy do ciebie, Fran. Obawiam się, że zaczną i ciebie obserwować.
- No chyba nie chcecie mi powiedzieć, że uważają mnie za dziewczynę jednego z was?
- No... tak właściwie, to to chcieliśmy powiedzieć.
- Wracajmy już do siebie... No i może lepiej będzie, jak jutro nie przyjdziemy - odezwał się George.
Skoro wolicie reporterów ode mnie... - pomyślałam.
Max podszedł do mnie, i starym, sprawdzonym, gimnazjalnym sposobem - pożegnał się ze mną całując mnie w policzek. Zrobił tak też Kumar, Nath dołączył uścisk. Jay tylko kiwnął głową, uśmiechnął się półgębkiem i wyszedł z kamienicy za chłopakami. Został Tom.
- Da się oszukiwać w kręglach - rzucił, gdy pocałował mnie w czoło i wybiegł na zewnątrz.

`~`~`

- Mój ojciec był naprawdę bardzo... włoski. Zostawił mamę, zanim się urodziłem, i odszedł do jakiejś kobiety... Więc zostaliśmy tylko ja, mama i moja siostra. Miałem ciężki żywot, bo obarczano mnie największymi obowiązkami... W końcu byłem głową rodziny...
Kiwnęłam głową i z trudem zamaskowałam ziewnięcie. Leo przerwał swój półgodzinny wywód na temat rodziny, by przełknąć trochę wina. Zaraz się skrzywił i wydukał:
- Istna lura... Jak mogą podawać coś takiego w restauracjach?
- Nie jest wcale takie złe - stwierdziłam, upijając łyk.
- Nie jest takie złe? Chyba żartujesz! - wzburzył się. - Kelner!
Zaprosił mnie do włoskiej restauracji. Dał mi czerwone róże. Zero piwa, kręgli ani Skittlesów. Przez pół godziny zdążyłam nawet poznać całe jego drzewo genealogiczne, od strony matki! Kiedyś musiało się coś zepsuć.
- Słucham? - odezwała się miła dziewczyna, jednak bardzo zdenerwowana.
- Co wy tutaj podajecie? To wino jest okropne! Żądam zamiany tego czegoś, na prawdziwe wino włoskie! - wykrzyczał.
- A-ale... T-to jest wino francuskie - wyjąkała dziewczyna, trzęsąc się ze strachu.
- Francuskie! - powiedział z kpiną i uderzył dłonią w stół. - Na co jeszcze czekasz? Masz przynieść włoskie!
I już jej nie było. Pobiegła do kuchni, a po drodze wypadły jej wszystkie zamówienia, które trzymała. Chciałam się podnieść i je zabrać, ale Leo oświadczył:
- Nie. Chołocie nie można pomagać.
Z chołotą nie można się umawiać, przeszło mi przez myśl. Ta randka to przecież porażka!
Na domiar złego, w tym samym momencie dostałam smsa. Maxse obdarzył mnie lodowatym spojrzeniem, jednak potem uniósł brew do góry i z grymasem wskazał na moją torebkę. Uznałam to za pozwolenie.
" I jak, Kochana? Randka w porządku? Bo my nadal kłócimy się o te głupie kręgle ~ zgadnij, kto! "
Mimowolnie uśmiechnęłam się do ekranu, co nie umknęło uwadze Leo.
- Kto to? Twój chłopak?
- Gdybym miała chłopaka, to bym się z tobą nie umówiła - prychnęłam.
"Ta randka to jakiś koszmar. Możecie mnie stąd zabrać? I przy okazji wyjaśnicie, skąd podwinęliście mój numer telefonu, bo nie przypominam sobie, bym go wam dawała... "
- T-to jest w...ww...włoskie - usłyszałam nad sobą.
- Ha, włoskie! Zaraz się okaże - chrząknął Włoch, przygarniając do siebie butelkę. Kelnerka chciała odejść, ale on krzyknął: - No czekaj! Zobaczymy, czy nie kłamiesz.
Oby to było włoskie, oby to było włoskie, krzyczałam w myślach. Dziewczyna też miała wyraz twarzy, jakby się modliła o włoskie.
Otworzył zgrabnie butelkę, zawartość kieliszka wylał na podłogę (miałam ochotę zapaść się pod ziemię!) i nalał sobie bordowego napoju. Napił się.
- Dannazione! Oszuści - skomentował dosadnie, wypluwając wino.
No i nie wytrzymałam. Wstałam szybko, zarzuciłam torebkę na ramię i wycelowałam oskarżycielsko palcem w Leo.
- Wychodzimy, w tej chwili - powiedziałam. - Ogłuchłeś?
Skrzywił się, jednak wstał i skierował się do drzwi. Gdy zauważył, że nie idę obok, zawołał mnie.
- Ja mam tu jeszcze coś do załatwienia, poczekaj przed restauracją.
No i wyszedł. A ja sięgnęłam do portfela i wcisnęłam kelnerce do ręki trochę banknotów.
- Strasznie cię przepraszam za niego - szepnęłam.
- T-to nic... Ja s-się jeszcze n-nauczę - wyjąkała.
Uśmiechnęłam się do niej lekko, i ściskając w dłoni pasek do torebki, wyszłam na zewnątrz.
Od razu go zobaczyłam, bo na tak przystojnego faceta nie trzeba długo wyglądać. Uświadomiły mi to dziś te wszystkie kobiety, które wlepiały w niego wielkie, wymalowane mascarą oczy.
- Nareszcie! - krzyknął.
- Chyba domyślasz się, że to nasze pierwsze i ostatnie spotkanie?
Uniósł brwi do góry i wyglądał na zdumionego. I niedocenionego.
- Mnie też było miło. Cześć - powiedziałam.
A potem odwróciłam się i poszłam w zupełnie inną stronę, niż w którą powinnam iść.

`~`~`

"Tacy czarujący mężczyźni jak my nie muszą się długo starać, by zdobyć to, co chcą... ;D ~Nathan "
" Pozostawię to bez kometarza! Osiągnięcie: denna randka - zaliczone na 6+. Koniec z zapijaczonymi Włochami."
"Hahaha, czuję, że się ubawiłaś tej nocy! ~ Tom "
"Bardzo... chyba nigdy już nie pójdę do tamtej restauracji. Tylko narobił mi wstydu!"
- Dziękuję bardzo - powiedziałam, odbierając szklankę whisky.
Kawiarnia 'Golden Sky', którą pierwszego dnia pokazała mi Nareesha, wyglądała tak samo. Nawet pani Mary - barmanka - nadal stała w tym samym miejscu i nadal wycierała szklanki.
- Taka młoda, i już pijesz? Co się dzieje z tą młodzieżą - westchnęła.
- To tylko tak, na odstresowanie - uśmiechnęłam się. - Właśnie wracam z najgorszej randki w moim życiu.
- Nie ma złych i dobrych randek - stwierdziła. - Są tylko randki spędzone ze złymi osobami.
- A jeżeli nie mogę się spotkać z tą osobą, z którą chcę?
"Musisz wszystko jutro opowiedzieć! A my wracamy do pracy. Jay'owi nareszcie zachciało się coś robić, i Nath przestał jeść. Wokale same się nie ułożą... Dobranoc! ~ Max & Friends "
- Dobranoc - szepnęłam sama do siebie.
Wypiłam szybko whisky, która mnie natychmiast rozgrzała. Zapłaciłam, opatuliłam się mocniej swetrem i wyszłam na ulicę Londynu. Deszcz mżał, wiał chłodny i nieprzyjemny wiatr. Ładną mamy jesień tego lata. 
Ale czemu to mnie dziwi? To w końcu LONDYN.


No tak, to znowu ja.
Wiem, jestem straszna i okropna, bo dodaję dopiero teraz, a miałam się poprawić... Ale wybaczycie? 
Więc, oto był siódmy rozdział, który jest... nawet, nawet. Mamy trochę Fray, dla równowagi, myślącego Toma i odwieczną walkę płci. Do tego włoski temperament, no i wychodzi całkiem niezły rozdział. :D
PROSZĘ o komentarze... No co najmniej 13 <mój numer w dzienniku>, bo ostatnio ich coraz mniej i coraz mniej... Bardzo proszę.

I ostatnia sprawa. Widziałyście IFY? Genialne, prawda? ♥

13 KOMENTARZY = NOWY ROZDZIAŁ.






sobota, 22 września 2012

Rozdział szósty


 Dzwonek do drzwi sprawił, że aż podskoczyłam.
Poprawiłam swoją pudrową sukienkę na ramiączka i porozumiewawczo kiwnęłam do chłopaków. Spędziłam z nimi ponad 2 godziny, a oni nadal widzieli we mnie o wiele młodszą, tajemniczą dziewczynę znikąd. Nie to, żeby mi to nie odpowiadało, ale niestety już niedługo miało się skończyć.
    - Jak dobrze, że już jesteście – uśmiechnęłam się, otwierając drzwi na oścież.
Do przedpokoju wsypało się troje ludzi – Jo, Anthony i David. Ten ostatni założył rażącą fioletowym kolorem bluzę z kapturem, a Jo chyba próbowała go przebić oczojebnymi leginsami w kolorze limonkowym.
    - To naprawdę cudowne, mieć nową sąsiadkę – klasnął w dłonie David. - Zapewne miałbym cię na oku, gdybym był odmiennej orientacji.
„Dzięki Bogu” - pomyślałam szybko, ściskając jego dłoń. Co jak co, ale ociekającego żelem chłopaka miałam tylko w wieku 5 lat – swojego kena. I broń Boże, nie chciałam tego ponownie przeżywać.
    - Jo ma dzisiaj o wiele lepszy humor, niż zazwyczaj, więc nie musisz się martwić – mrugnął do mnie Anthony, przypominając jednocześnie o tym, iż Jo nie od razu zapałała do mnie sympatią.
    - Mamy dla ciebie coś zielonego, paprotkę – odezwała się, uprzednio szturchając swojego chłopaka. - U mnie w domu wierzy się, że paprotka w nowym mieszkaniu przynosi szczęście, i tobie tego życzę – uśmiechnęła się serdecznie, że aż mnie zatkało.
    - Strasznie dziękuję – wymamrotałam.
    - Zapomniałbym! Przecież ja też coś dla ciebie mam – machnął ręką Dav. - Widziałem twoją torebkę, jest okropna. Pewnie dostałaś ją od kogoś i nie wyrzuciłaś z sentymentu?
Miałam odpowiedzieć, że tak właściwie to sama ją kupiłam, bo jest cudowna. Kto nie lubi skórzanych torebek z indiańskimi motywami?
    - Proszę, to dla ciebie – zza pleców (też nie wiem, jak ją tam schował.. chyba nie trzymał jej w spodniach z tyłu?) wyjął czarną torebkę ze skóry, na cienkim czarnym paseczku. - Mój kolega robi, z prawdziwej, krokodylej skóry.
Moje oczy musiały przypominać pięciozłotówki. Jednak zdobyłam się na podziękowanie, i jednym palcem zahaczyłam o pasek. Oczywiście, wcale nie chodziło o prawdopodobieństwo, że on trzymał to w swoich bokserkach. Ograniczając kontakt z krokodylą skórą do minimum, położyłam prezent na szafkę.

Jeżeli miałabym opisać reakcję moich gości, gdy zobaczyli w salonie 4/5 The Wanted, użyłabym określenia – chaos. Anthony spokojnie to przyjął, normalnie się przywitał bo wcale ich nie znał. Jo za to zaczęła piszczeć i przytulać się do nich, przyrzekając że jest najwierniejszą fanką. Jednak David... on niestety ucałował każdego z nich w policzek i cudem sprawiłam, że nie wręczył im swojego numeru.
Chłopcy odnaleźli się w roli gospodarzy, bo zabawiali tę trójkę świetnymi opowieściami z trasy. Historia o tym, jak Jay o mało nie spuścił w toalecie Neytiri, lub o tym, jak Sykes zgubił spodnie w tour busie, rozśmieszyły wszystkich do łez. No, może z wyjątkiem ich samych, ale nie powiem – miło było wreszcie się z nich pośmiać.
Wtedy po raz drugi zadzwonił dzwonek. Od razu wstałam i krzyknęłam już w korytarzu:
    - Jednak przyszedł nasz pan dozorca!
Spaliłam cegłę. Przede mną, zaraz za progiem, stał wysoki, opalony, ciemnooki chłopak o czarnych, błyszczących włosach sięgających ramion. Zrobiło mi się strasznie głupio, tym bardziej że mężczyzna uśmiechnął się szeroko.
    - Ja jestem...
    - Pewnie siostrzeniec pana Bartoli, tak? - spytałam cicho. - Bardzo przepraszam, ja nie wiedziałam, tylko chciałam...
    - Przecież nic się nie stało – odpowiedział, łamanym angielskim.
O tak. Jeżeli mężczyźni są przystojni, to on musiał być mega przystojny. Albo i nawet piękny, jeśli mogę tak to ująć. A w dodatku – stał na moim progu!
    - Mam na imię Leo. Leo Maxse – odezwał się nagle. - Moja mama i ja przyjechaliśmy właśnie do wujka...
    - Powiadomił mnie o tym – powiedziałam odrobinę za szybko. - Wejdź, wejdź. Proszę – wykonałam kolisty ruch ręką, poprawiając się nieudolnie..
    - Przyniosłem wino. Oryginalne włoskie, z naszej winnicy. Doskonały rocznik, mam nadzieję, że będzie smakowało – posłał mi jeden ze zniewalających uśmiechów.
Ściskając butelkę czerwonego wina od niego, zamknęłam drzwi i wprowadziłam go do salonu, przez przypadkiem zerkając na jego umięśnione barki i niewinne opadające spodnie.

    - Przecież to jest genialny pomysł – oburzył się David.
Spojrzałam na niego niepewnie myśląc, że wzbudzę w nim litość. Jednak jego oczy nadal okazywały siłę i stanowczość.
    - Daj spokój, Franka – na moim ramieniu oparł się podchmielony Tom. - Co może się stać podczas gry w butelkę?
I tak to się zaczęło. Zgodziłam się, usiedliśmy w okręgu. Max opróżnił butelkę po piwie paroma łykami, położył ją w centrum i wskazał na mnie.
    - Ty, kręcisz.
Westchnęłam i zrobiłam tak, jak mi kazali. Koniec butelki zakręcił się mocno, zatoczył parę kół, i wskazał na Jo.
Na początku ta zabawa nie była niczym specjalnym. Graliśmy tylko na pytania, by lepiej się poznać. Dowiedziałam się, że Jo pracuje jako dziennikarka i bardzo lubi tę pracę, bo jej gazeta pisze tylko prawdę. A możliwe nawet, że w przeciągu roku dostanie awans i własną rubrykę.
David żył z tego, co przejadł i przepił na imprezach. Ale mówię teraz zbyt ogólnikowo. Jest oczywiście gejem, przyznał się do tego otwarcie, a nawet udowodnił to, całując Leo. Szczerze powiedziawszy, ten drugi był bardzo zdegustowany, jednak nie miał wyboru. Wracając do Davida, pomaga on swojemu 'koledze' (jeżeli wiecie, o co mi chodzi) w małym biznesie modowym, a również organizuje imprezy na zlecenia.
Natomiast Anthony jest przemiłym i bardzo uczynnym mechanikiem, prowadzącym zakład ze swoim kumplem ze studiów i z ojcem. Powiedział mi nawet, że remontuje starego cadillaca i może mi go odsprzedać w dobrej cenie, gdy tylko będzie sprawny.
Oprócz tego, że Leo prowadzi winnicę z rodziną, a The Wanted są... The Wanted, to ja musiałam też opowiedzieć o sobie. Przyznałam się do wieku 21 lat, mimo że wszyscy myśleli, że mam najwyżej 18 (i musiałam pokazać dowód osobisty, ale to nic). Powiedziałam, że jestem z Buxton, ale wychowałam się u dziadka w Manchesterze, no i że szukam pracy jako projektantka wnętrz, ewentualnie jako kasjerka w Tesco.
Potem zaczęło robić się poważnie.
    - Weźmy, zróbmy rundkę na całowanie! - wykrzyknął Tom, a wszyscy się zgodzili.
Wszyscy oprócz mnie.
Parker, który miał w ręku butelkę, zakręcił. Zgadnijcie, na kogo wypadło? NA MNIE. 10 punktów dla Gryffindoru.
    - Ta zabawa jest głupia – chrząknął Jay niemal niedosłyszalnie.
Kiedy pomyślałam sobie, że może jest zazdrosny, ochoczo ruszyłam na środek, gdzie Tom już doszedł na kolanach. Pośród buczeń, jęków, gwizdów, i tym podobnych, dostrzegłam też zażenowanego Nathana, który bawił się butelką, jako jedyny nie patrząc na nas.
Nabrałam powietrza i przymknęłam oczy, a wtedy Tom przywarł swoimi ustami do moich. Trwało to może trzy sekundy, ale w tym czasie poczułam kilka rzeczy. Słodycz jego warg, miękkość jego warg, lekki odór piwa i jego ręka na mojej... moim... chyba wiecie gdzie.
Przynajmniej utwierdziłam się w przekonaniu, że jeżeli miałabym z kimś z The Wanted, to nie z Tomem.
    - Koniec tego, Parker!
Tę chwilę przerwał Jay, lekko odpychając Toma. Tamten wyszczerzył się, okazując ilość procentów we krwi, ale po chwili szepnął:
    - Tylko ani słowa Kelsey, jasne?
    - Easy, men – poklepał go po ramieniu McGuiness, i zadowolony wrócił na swoje miejsce.
Co było dalej? Wylosowałam Nathana. To było makabryczne uczucie, gdy główka butelki skierowała się właśnie na niego. Serce natychmiast poderwało się do góry, a ja spłonęłam rumieńcem. On tylko uśmiechnął się zawadiacko, a gdy już byliśmy naprzeciwko siebie (niebezpiecznie blisko), szepnął tylko:
    - Spokojnie, będę delikatny.
Jak powiedział, tak zrobił. Spoglądając mi w oczy, subtelnie dotknął wargami moich ust, a kciukiem rozpalonych policzków. Podczas tego pocałunku, w który mimo woli się zaangażowałam, uświadomiłam sobie, że... że Nathan umie całować, tylko tyle. Bo przecież przyspieszone bicie serca, u mnie i u niego oraz świetny smak jego ust nie mógł znaczyć nic więcej.
Tym razem również zainterweniował Jay, jednak dzięki Bogu – w dalszej rozgrywce nie musiałam się z nim całować.

    - To dobrze, że tu trafiliśmy – odezwał się Max.
    - Co? Czemu? - spytałam, zdezorientowana.
Z całowania przeszło na wyzwania. Moim miało być '7 minut w raju' z przystojniakiem. Rajem została nazwana moja łazienka, a przystojniakiem Max. Z dwojga złego, lepiej Max niż Tom... Albo co gorsza – Jay.
    - Fran, wiem kim jesteś – powiedział, stając naprzeciwko. - Domyślałem się od dawna, ale... no tak, wiem to na pewno.
    - Max, o czym ty mówisz? - parsknęłam śmiechem, ale zaczęłam się denerwować. - Jestem Francessa Orchard, tylko tyle.
    - I Fancy, czyż nie?
Przed oczami przeleciało mi nagle mnóstwo obrazów, twarzy i wspomnień. Jeszcze raz zobaczyłam siebie, kiedy w wieku 16 lat poszłam na przesłuchanie do talent show i nie przeszłam. I wtedy, kiedy współpracę zaproponowała mi Alisha Toison, jako suport na jej koncertach w trasie po Europie. I to, jak przybrałam przezwisko 'Fancy'. Jak ludzie mnie kochali, jak czułam się doceniona... A potem, gdy Alisha z zazdrości zwolniła mnie i zabrała wszystkie moje piosenki. I wtedy, gdy musiałam uciec. Uciec, jak zwykły tchórz.
    - Skąd wiesz? - zapytałam, nie poznając swojego głosu.
    - Twoja barwa, wygląd, sceptyczność wobec tej całej Alishy... Nie wiele się zmieniłaś, Fran – uśmiechnął się, kątem ust. - Byłem twoim fanem, kiedyś.
    - Tak... To wszystko wyjaśnia – zasępiłam się.
    - Co się tak właściwie stało?
Spuściłam głowę. Chyba nie miałam ochoty tego opowiadać, ale czułam, że Maxowi mogę bezgranicznie zaufać. Czułam, że... że on nigdy mnie nie skrzywdzi. To było takie dziwne, ale starczyło spojrzeć w jego szare oczy i już – byłaś zakochana. Oczywiście, w jego osobowości.. Max nie podobał mi się AŻ tak, jak myślicie.
- Więc... To było tak...

Jeżeli myślałam, że to będzie zwykłe spotkanie, to grubo się myliłam. Muzyka grała pod okiem Davida, ale tak, że aż okna trzeszczały, a podłoga wydawała się ruszać. Dziękowałam Temu na górze, że pana Giuseppe nie było w tym budynku teraz.
Jedyne, co było wielce zaskakujące to to, że Leo się ze mną umówił. Sam zaproponował spotkanie jutro wieczorem. Byłam wniebowzięta i szybko się zgodziłam.
Kiedy już zupełnie nic mi się nie chciało, a dochodziła trzecia w nocy, weszłam do niesamowicie ciemnej sypialni, którą oświetlały tylko lekko lampy z ulic. Położyłam się na łóżku i zaczęłam wpatrywać w ciemny sufit. Oddychałam płytko, zasłonki latały w powietrzu za sprawą londyńskich podmuchów.
    - Myślałem, że będę tu sam.
Wzdrygnęłam się i dopiero teraz zobaczyłam obok siebie rysy twarzy Nathana. Miał lekko podkrążone oczy, ale i tak się uśmiechał.
    - Ja też, ale chyba możemy poleżeć tutaj... sami – szepnęłam bez przekonania.
I tak było. Milczeliśmy, tylko muzyka bębniła przez drzwi. To trwało jakieś trzy minuty. Wtedy powiedział:
    - Wiesz? Świetnie sobie poradziłaś... Naprawdę, wszyscy cię polubiliśmy.
I wtedy stała się rzecz ekstremalnie niemożliwa. Poczułam w swojej dłoni przyjemne ciepło – jego dłoń. Dobrze, że było ciemno – inaczej uśmiałby się z mojej zdezorientowanej miny.
    - Orchard? Fra-... - światło się zapaliło, głos Jaya zamarł, a Nathan natychmiast zabrał rękę. - Nie chciałem przeszkodzić...
    - Nic się nie stało, McGuinness – odparłam spokojnie, jednak trochę za chłodno. - O co chodzi?
    - Leo i Max... się biją chyba – powiedział z jakąś dziwną nutą w głosie.

Ich bijatyka była kłótnią o to, który klub piłkarski jest lepszy. Rzecz jasna, Max jako zapalony piłkarz i kibic, nie dał sobie w kaszę dmuchać.
Kiedy sąsiedzi zaczęli już wychodzić, a do moich drzwi zapukał Kumar – brat bliźniak Sivy – ucieszyłam się. Oznaczało to koniec tej imprezy, jednak początek moich dylematów.

Wybaczcie mi, że tak strasznie późno dodaję. Jednak lepsze to, niż nic.
Straciłam wszystko, co miałam na komputerze przez tą naprawę. Inaczej, rozdział byłby dodany już dawno temu. Ale przekonuję się, że druga klasa gimnazjum to nie raj, i też trzeba troszkę posiedzieć nad lekcjami.
W każdym razie, błagam o komentarze pozytywne, bo nie wiem, czy chcecie mnie z powrotem. ;D
W tym rozdziale trochę Frathan, nie wiem, co myślicie. ;D 
I tak a propo - wiecie że Fray (Fran+Jay) oznacza bitwę/walkę? Wydaje mi się, że idealnie do nich pasuje. 


piątek, 7 września 2012

Informacja.

Przez około tydzień nie będę mieć komputera, a to oznacza też brak notek.
Mój 'Henio', jak go nazywam, ma już swoje lata, a teraz poszedł cały dysk twardy... Oznacza to, że raczej nie odzyskam wszystkich pisanych już rozdziałów i materiałów. Nadal jest w naprawie, a gdy wróci - szybko biorę się do pracy, obiecuję! = )
To tyle. Mam nadzieję, że będziecie cierpliwi. :))

PS. W ankiecie zremisowali Nath i Jay, więc nie wiem, co to oznacza. Prawdopodobnie i tak zrobię swoje, nie denerwujcie się. ;D