piątek, 16 listopada 2012

Rozdział dziewiąty


- Nareszcie jesteśmy.
- Nareszcie? To nie ty prowadziłeś, Młody.
- Nadal śpi?
- Tak... Pomóż Sivie z rozkładaniem namiotów, wiesz że to ciamajda. A ja ją obudzę.
Trzaśnięcie drzwiami. Kolejne. Potem powiew chłodnego powietrza po moich nogach. 
- Fran... Orchard - usłyszałam nad uchem głos Jay'a.
Otworzyłam leniwie oczy i pierwszym, co zobaczyłam, była burza loków i śliczne, niebieskie oczy. Jay uśmiechnął się lekko. Początkowo się zdziwiłam, ale potem mi się przypomniało, że w końcu ostatnio się jeszcze nie kłóciliśmy.
- Przespałam całą drogę? - to było raczej stwierdzenie niż pytanie.
- Tak, ale nie masz czego żałować. Nathan skarżył się tylko, że znów będzie musiał spać w różowym namiocie - wzruszył ramionami.
McGuiness wyciągnął do mnie rękę, gdy tylko się podniosłam do pozycji siedzącej.
- Chodź, oprowadzę cię po naszym kempingu - wyszczerzył się.
Złapałam go za rękę, a on wyciągnął mnie z samochodu. Jego dłoń była bardzo zimna, chociaż ja też mam wiecznie lodowate ręce. Ale, była bardzo miła w dotyku.
Wtedy zobaczyłam tamto miejsce w całej okazałości. Z jednej strony rósł śliczny las mieszany, z większymi i mniejszymi drzewami, o różnych odcieniach zieleni i brązu, jednak o identycznym zapachu, który od razu drażnił nozdrza. Z drugiej zaś strony rozciągało się cudne jezioro w kolorze granatowym, ze starym drewnianym pomostem. Po środku tego wszystkiego była polanka, z pięcioma namiotami i stertą różnych toreb i rzeczy w centrum.
Wtedy się skapnęłam, że nadal trzymam Jay'a za rękę, więc szybko ją puściłam.
- Wezmę twoją torbę z bagażnika - powiedział, wskazując na samochód.
- Fran!
Max przytulił mnie krótko, a potem szybko ogarnął wzrokiem.
- Przecież ty musiałaś zmarznąć! Masz, weź moją bluzę - nałożył mi na ramiona niebieski prawie-polar.
- Nie zabijaj, błagam - obok pojawiła się Nareesha. - Musieliśmy jechać pierwsi! Tutaj często przyjeżdżają też tacy staruszkowie, wyprzedziliby nas.
- I tak przespała całą drogę, nie mielibyście z niej pożytku - wtrącił się Jay, który właśnie rzucił moją torbę na górę.
- Dzięki - syknęłam.
Siva zostawił właśnie Natha samego w walce z namiotami, a przyszedł do nas. Przybiegł tak właściwie, ale zdążył zatrzymać się na plecach Maxa.
- Panno Orchard, jak się pani miewa? Zaproponowałbym herbaty, jednakowoż w tych warunkach... - odezwał się z nadmierną życzliwością.
- Och, to nic! - machnęłam ręką, naśladując sąsiadkę dziadka. - Ja czuję się doskonale, jednak w twoje dobre samopoczucie szczerze wątpię... Koszmarnie dziś wyglądasz.
- Pobladłem? Wyskoczyły mi krostki? - pytał. - Boże, ja umrę!
Parę osób parsknęło śmiechem. Mnie jednak bardziej zainteresował kolejny czarny samochód (już trzeci, na naszym 'parkingu' w lesie), który właśnie zahamował obok auta Jay'a.
- O, Tom już jest! - zawołał chyba Nathan.
Tak, to na pewno Nathan. Właśnie w tym samym momencie musiał puścić namiot, który się złożył i "pożarł" Sykesa. Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
- Ja ci pomogę! - rzucił się Siva.
- Zemsta będzie słodka - zatarł ręce Jay i po chwili już kotłował się z Nath'em, próbując nie wypuścić go z wnętrza namiotu.
Z samochodu wysiadł Parker, co nie było dziwne. Jednak zaraz po nim, na ziemi wylądowały kolejne dwie stopy. Stopy kobiety. Zrobiło mi się dziwnie.
- To jest właśnie Kelsey - objaśniła Ree. - Może nie od razu ci się spodoba, ale jest w porządku. Damska wersja Toma, tak na nią mówimy.
Zobaczyłam ją w całej okazałości. Nie zbyt wysoka, ale ładna blondynka z wielkim uśmiechem na twarzy. Wzięła swoją torbę, choć Parker chyba zaproponował, że zaniesie za nią.
- Franka! Fajnie, że jesteś - krzyknął Tom, przytulając mnie. - Nareszcie poznasz moją dziewczynę!
Podeszła, również rzuciła rzeczy na tamtą stertę i przywitała się ze wszystkimi. Potem Tom objął ją w pasie i stanęli razem na przeciwko mnie.
Byli szczęśliwi. 
Pasowali do siebie.
Kochali się.
Więc dlaczego masz takie dziwne odczucia? To jest Tom. To jest Kelsey. To jest Tom i to jest Kelsey. Oni są razem. Oni zasługują na bycie razem. Oni się kochają, więc są razem. Ogarnij się, Orchard.
- Tom bardzo dużo mi o tobie opowiadał - powiedziałyśmy równocześnie.
Uśmiechnęłam się do niej, ona jeszcze szerzej. W końcu wyciągnęła rękę w moją stronę.
- Jestem Kelsey Hardwick.
- Francessa Orchard, ale mów mi Fran. Byle nie Franka - zaśmiałam się, a Tom udał obrażonego.
- I nie po nazwisku! - krzyknął Jay, nadal szarpiąc się z Nath'em.
- Słusznie, McGuiness.
- Koniec tej zabawy, dzieci! - klasnął w dłonie Max, a potem wypuścił biednego Sykes'a na powietrze.
- Zaraz zastanie nas tu noc, trzeba się w końcu rozpakować - zauważył Seev.
- I rozpalić ognisko - dopowiedziałam.
- O, świetnie. Fran, pójdziesz ze mną nazbierać drzewa? - zapytała Ree i ledwo zauważalnie do mnie mrugnęła.
- Jasne.

Niebo się zaczerwieniło, a słońce zaczęło schylać się ku jeziorze. Gałązki przyjemnie pękały pod wpływem naszych kroków. Często dostawałam w twarz od małych owadów, lub z najczystszą niechęcią odnajdowałam pajęczyny.
Kiedy tylko oddaliłyśmy się od reszty, Ree zagadnęła:
- To, co opowiedziałaś wczoraj mi nie wystarcza.
Wczoraj rozmawiałyśmy przy Sivie i Nathanie, więc nie mogłam powiedzieć wszystkiego. Ree zdawała się zadawalać informacjami o moich sąsiadach i pracy, do teraz.
- Co chcesz wiedzieć? - spytałam, unosząc brew.
Wydała z siebie pomruk wykazujący, że myśli. Oczywiście, nie musiała tego robić. Przecież obydwie wiedziałyśmy, co ją interesowało.
- Który? Który z nich? - wypowiedziała to dosyć leniwie.
Schyliłam się, by podnieść dosyć gruby kawałek drzewa. Zamaskowało to mój uśmiech.
- Nie rozumiem, o co chodzi.
- Kto ci się podoba? - wydusiła wreszcie, wyraźnie podekscytowana.
Pokręciłam głową z dezaprobatą, jednak nie mogłam pozbyć się uśmiechu na swojej twarzy. Zastygł on, gdy ja sama zadałam sobie to pytanie.
Przecież kiedyś się nad tym zastanawiałam. Odrzuciłam Toma, to pewne. Ale co dalej?
- Nie wiem - przyznałam ciężko.
- To ja ci pomogę! - zebrała parę drewienek.
- Ree, czemu tak właściwie chcesz to wiedzieć? - zatrzymałam się i spojrzałam na nią.
- No wiesz... Po tym, co się stało z Arthurem... Powinnaś kogoś mieć - wyjąkała. - A oni są naprawdę w porządku... 
Ta odpowiedź zbiła mnie z tropu. Myślałam, że tylko chce zeswatać kogoś z The Wanted. A tutaj się okazało, że chodziło o mnie.
Zignorowałam wspomnienie Arthura.
- Max jest miły, dojrzały, szczery... Lubię go, ale chyba tylko jako przyjaciela. Poza tym, dużo czytałam o tym jego zerwaniu z Michelle - tutaj spojrzałam na Nareeshę, by się upewnić, że dobrze mówię - i wiem, że on nie ma ochoty na nowe związki.
Brawa dla mnie za umiejętną zmianę tematu!
- A szkoda, świetny z niego kandydat - zacmokała, podnosząc kolejny kawałek drzewa.
- A co do Nathana i Jay'a - zaczęłam. - To nie wiem, którego wybrać. Tutaj możesz mi pomóc.
Wyprostowała się, była w swoim żywiole. Odchrząknęła nieznacznie. A moja sterta drewna zajmowała już prawie całe lewe ramię.
- Nathan jest najmłodszy, ale dojrzałością napewno wyprzedza Toma. Ma świetne poczucie humoru, nigdy byś się przy nim nie nudziła. Poza tym, wiesz jak on świetnie gotuje? Jedyny problem byłby z tym, że on oficjalnie nie powinien mieć dziewczyny... Ich menadżer uważa, że straciliby dużo fanów, gdyby Nath sobie kogoś znalazł - powiedziała.
- Wracamy? - przerwałam jej na moment, gdy zobaczyłam podobny magazynek z drewnem na jej ramieniu.
Kiwnęła głową, ale kontynuowała:
- Jay... On może wydawać ci się trochę nieokrzesany i zbyt głośny... Za dużo też imprezuje, ale w końcu zawsze można go zmienić.
Po pierwsze, poraziła mnie znikoma ilość zalet u Jay'a, w porównaniu z Nathan'em... Ale moment, Jay nieokrzesanym, głośnym imprezowiczem bez umiaru? Czy my mówimy o tym samym chłopaku?
Postanowiłam nie zaczynać dyskusji. Jeżeli McGuiness rzeczywiście jest taki, jak opisała go Nareesha, to niebawem się o tym przekonam.
Ale jeżeli będzie nadal taki, jakim był? Co wtedy pomyśli Ree? Pewnie uzna, że to zasługa mojej obecności. Przecież to bzdura!
- Czyli Nathan jest lepszy według ciebie? - zapytałam jej.
- Czy lepszy, tego nie wiem. Niech twoje serce wybierze.
- Zapędzasz się. To tylko moi koledzy - zaperzyłam się.
- No, wreszcie dziewczyny wróciły! - krzyknął Nathan.
Uświadomiłam sobie, że właśnie wyszłyśmy z lasu. Rozejrzałam się, ale chyba nikt nie był w stanie podsłuchać naszej rozmowy. Prawie wszyscy siedzieli nad jeziorem z wędkami. Tylko Max szperał w torbie, na skraju lasku.
- Patrzcie, co złowiłem - Tom podbiegł z małym szczupakiem na wędce.
Prócz Kelsey, wszyscy mieli jakąś rybę. Połowa wylądowała w lodówce turystycznej, przykryta grubą warstwą lodu. Resztę upiekliśmy na świeżo rozpalonym ognisku. Nasze drewno bardzo dobrze się paliło.
- Czemu jest tylko pięć namiotów? - nareszcie odważyłam się zapytać.
- Bo kiedyś przyjeżdżaliśmy tutaj tylko w piątkę - zaczął Max.
- A potem pojawiła się Nareesha, Kelsey - wtrącił Nathan.
- Czyli... Będę musiała z kimś spać w namiocie?
- Księżniczka Orchard - Jay wypowiedział to teatralnym szeptem i szturchnął Nathana w bok.
Obydwoje parsknęli śmiechem. Kątem oka zobaczyłam, jak Jay na mnie zerka i uśmiecha się.
Tom się podniósł, wytarł tłuste od ryby ręce o spodnie i podszedł do namiotów.
- Siva z Nareeshą śpią w tym - wskazał na żółty namiot. - Ja i Kelsey w tym - pokazał zielony. - Ty, Fran, będziesz spała w tym - tutaj oparł się o różowy namiot.
- Oh yeah! Nie będę spał w różowym! - usłyszałam Sykesa i zaśmiałam się pod nosem.
- No, chłopaki - znów Tom. - Kto chce spać we dwójkę?
- Zapewne Jay i Nath, przecież tak świetnie się dogadują - wtargnął Seev, puszczając do mnie oczko.
- Więc chodźmy już spać. Zaczyna się robić zimno, musi być późno - wzdrygnęła się z zimna Kelsey.
Zgasiliśmy ognisko, zabezpieczyliśmy też nasze jedzenie. Seev i Ree zniknęli w jednym namiocie, Kels i Tom w drugim... Wtedy ja wpakowałam do środka różowego namiotu swoją torbę, a potem zamknęłam zamek błyskawiczny w namiocie. 
Wyjęłam swój własny śpiwór i zapakowałam się do niego, ale nadal było mi zimno. Założyłam swoją bluzę.

W środku nocy usłyszałam jakieś krzyki. Zerwałam się i wyjrzałam z namiotu. Tom, zupełnie zaspany, też się zainteresował tym hałasem. 
Gdy usłyszeliśmy głośny rechot Nathana i Jay'a, wszystko stało się jasne.
I mogłam spać dalej. Chociaż nie, właściwie to nie mogłam. Było mi zimno, niewygodnie, a na dodatek cały czas rozmyślałam.
Czy Nathan i Jay mogą mi się podobać? Kochają się w nich przecież miliony dziewcząt, nawet jeśli nie znają ich osobiście. Gorsze jest pytanie numer dwa. Czy ja mogę się podobać? Albo trzecie: czy ja chcę się komuś podobać?
Wypakowałam się ze śpiwora, nałożyłam na siebie jeszcze dwie dodatkowe bluzy i wyszłam z namiotu. Gdzie iść? Jaythan? Na pewno nie! Parom też nie mogę przeszkadzać...
Rozsunęłam zamek w brązowym namiocie.
- Max? 
Otworzył oczy dosyć szybko, chyba też nie mógł spać. Podniósł się na łokcie.
- Stało się coś?
- Nie, tylko... Czy mogłabym z tobą spać? - palnęłam.
Uśmiechnął się, jak na zboczeńca przystało, jednak zaraz powiedział:
- Weź tylko swój śpiwór.
Po paru minutach leżałam już obok niego, ale poczułam się bardzo głupio. Po co chciałam spać z nim w namiocie? I co pomyśli reszta, gdy mnie tu rano zastaną?
- A ja uważam, że Jaybird jest lepszy - odezwał się, szeptem.
Odwróciłam głowę w jego stronę. Leżał bokiem, jego oczy błyszczały w ciemności.
- Podsłuchiwałeś...
- Tak, ale nie żałuję - wyszczerzył się.
- Czyli teraz musisz o mnie źle myśleć... To Ree zaczęła ten temat, ja wcale nie mam zamiaru...
- Akurat Nareesha ma trochę racji - przerwał mi.
Spojrzałam na niego, ze znakami zapytania wyrytymi na tęczówkach. I tak nie mógł tego zobaczyć w tym mroku. W sumie to i ja widziałam tylko jego błyszczące oczy.
- No... fajnie by było, gdybyś zainteresowała się którymś z nich.
Parsknęłam lekkim śmiechem i niemal poczułam, jak Max z oburzeniem na mnie patrzy.
- Po pierwsze - zaczęłam - ja też musiałabym któregoś z nich zainteresować. A po drugie: naprawdę uważasz, że mam męczyć się z nie do końca rozwiniętymi emocjonalnie gwiazdami boysband'u? - wypowiedź uwieńczyłam lekkim śmiechem. - Oczywiście, bez urazy.
- No tak, to wszystko przez tą sławę. Jednak sama widzisz, że Kelsey i Nareesha to wszystko wytrzymują i co więcej - uniósł palec do góry - są szczęśliwe.
- Ale one też są sławne.
- Ty też byłaś.
- Kiedyś - westchnęłam.
- Chyba, że chciałabyś do tego wrócić... Jeżeli tylko byś chciała znowu wrócić na scenę, to ja ci pomogę. My ci pomożemy - powiedział szczerze.
- Ja... Chyba nawet bym chciała, Max.

Rano obudziłam się w swoim namiocie. Byłam tym mocno zdziwiona. Bateria w telefonie była na skraju wyczerpania, choć tak naprawdę i tak nie było tu nigdzie zasięgu.
Wyszłam na świeże powietrze i z zawiedzeniem zobaczyłam, że prawie wszyscy już wstali. Oprócz Kelsey i Jaythana.
- Cześć! Jak się spało? - przywitał mnie George.
- Całkiem wygodnie - przypomniałam sobie poduszkę w postaci jego klaty. - A tobie?
- Bywało lepiej. Bardziej... drapieżnie - wyszczerzył się.
Szturchnęłam go, a on się do mnie nachylił.
- Przeniosłem cię nad ranem, żeby nikt nic nie mówił - szepnął.
- Dzięki - puściłam do niego oczko.
I wtedy mnie olśniło. Przecież muszę koszmarnie wyglądać!
I tak oto z namiotu wyszłam dopiero, gdy wszyscy już wyczłapali się ze swoich, ale chociaż ładnie wyglądałam. Usiadłam przy Nareeshy, która poczęstowała mnie garścią przyzwoicie wyglądających jagód.
- Nie martw się, nie są zatrute - wtrącił się Siva, obejmując Ree.
- Dodatkowo, idealne na śniadanie - dodała.
Przeżuwając te słodkie owoce, które całkiem mnie nasyciły, mogłam wyglądać na lekko zasępioną. Max miał rację. Ree jest szczęśliwa z Sivą mimo jego sławy. A Kelsey?
Odszukałam ją wzrokiem. Właśnie rzucała jagody Tom'owi, który miał za zadanie złapać je do ust.
I co? Też byli szczęśliwi.
Przeniosłam wzrok na Jaythan'a. Nath przytomniał, jego włosy były w istnym nieładzie. Podpierał głowę na ręce i leniwie śledził tok wydarzeń, lekko się uśmiechając. Jay żywo o czymś dyskutował z Max'em, a potem śmiał się dosyć głośno. Wyglądał tak, jak zawsze. Tylko włosy chyba bardziej mu się poskręcały.
Franka! Uspokój się. Nie musisz być z kimś na siłę. A tym bardziej z kimś stąd. Przecież nie kochasz żadnego z nich.
Wśród tej porannej rozmowy Sivy i Nareeshy wyłowiłam tylko jedno zdanie. 
- Czy mi się wydaje, czy Jay jakoś inaczej się zachowuje?

Witam wszystkich!
Dzisiaj nie będzie jakiejś tam wielkiej mowy, i tak pewnie tego nie czytacie. Mam okropny humor i podle się czuję.
Ale widok tych 10 komentarzy pod ostatnim rozdziałem strasznie mnie uradował! Tym razem też wymagam tylko dziesiątki, a rozdział pojawi się w miarę szybko.
Wybaczcie, Max odpadł. Został tylko Jaythan i mówiąc szczerze, to sama nie wiem, którego wybiorę...
Albo może i wiem, tylko się droczę...?

Fran może też zostać zakonnicą i przybrać imię Scholastyka...
W każdym bądź razie, jeszcze jedna prośba. Jeżeli ktoś wyraża chęć popisania ze mną, albo chce być powiadamiany o nowych rozdziałach, piszcie coś na ten temat. 


10 KOMENTARZY = NOWY ROZDZIAŁ.

Tak, też Was kocham.
A, no i zajrzyjcie na prawą stronę, na ankietę.
Wiem, miało być krótko! Ale spójrzcie tylko na tą animację niżej. ♥


piątek, 2 listopada 2012

Rozdział ósmy


- Panno Orchard, będę szczery...
Poprawiłam się na siedzeniu, ściskając w dłoni brzeg spódnicy. Niepewnie spojrzałam na dosyć dumną i postawną sylwetkę Marka Baines'a, który prawdopodobnie mógł zostać moim szefem.
- Panny cv nie jest olśniewające, jednak najlepsze wśród wszystkich kandydatów. Czeka panią dużo pracy i kursów, ale o tym później - tutaj odchrząknął. - Pozwoliłem sobie sprawdzić panią, jako że Jo poleciła pani kandydaturę...
Mężyczyzna usiadł na swoim miejscu, naprzeciwko mnie. Miał krótko ostrzyżone, brązowe włosy ułożone w niedbałego irokeza. Ubrany był za to w różową marynarkę, beżowe spodnie z opuszczonym krokiem, białą koszulę i czerwoną muszkę. Wyglądał w tym bardzo dobrze, chyba nawet nie był wiele starszy ode mnie.
Przede mną wylądowała gazeta, jakiś brukowiec. Na pierwszej stronie zobaczyłam dosyć spore zdjęcie swojej kamienicy, do której wchodziło 4/5 The Wanted. To była ta scena, gdy Max przepuścił mnie w drzwiach i uśmiechnęliśmy się do siebie.
Wielki nagłówek głosił: "Nowa wybranka Max'a z TW?!".
- Nie mam pojęcia, czemu tak mnie atakują... Przyjaźnię się z nimi, owszem, ale nic więcej - powiedziałam szybko.
- Chciałbym zatrudnić osobę elokwentną, miłą, dobrze się prezentującą... Pani taką jest, jednak nie podoba mi się to, że również staje się pani sławna.
- Sławna przez przyjaźń z chłopakami? - zaśmiałam się. - Oni szukają sensacji.
- To nie zmienia faktu, że teraz panią ostrzegam. Nie chcę znów zobaczyć czegoś takiego w gazecie, rozumie pani? - uniósł brew.
Zagotowało się we mnie. Niby kim on był, żeby prawić mi kazania? To moje PRYWATNE życie! Snob jeden.
- Rozumiem.
- Świetnie, więc przejdźmy do spraw bardziej oficjalnych...

`~`~`

Wychodząc z budynku, trochę podminowana, zobaczyłam czyjąś ciemną sylwetkę. Wysoki chłopak opierał się o latarnię, stojąc tyłem do mnie. Chyba przeglądał coś w telefonie. Lewą rękę nonszalancko trzymał w kieszeni, potem krótko poprawił swój fullcap na głowie.
- Nathan? Co tu robisz? - spytałam.
Obrócił się szybko i uśmiechnął szeroko. To spowodowało, że ja też się wyszczerzyłam. Podeszliśmy do siebie, przywitaliśmy.
- Postanowiłem cię odebrać - wyprężył się dumnie.
- Pewnie... A czy to nie ma związku z tymi fotografami z wczoraj? - uniosłam brew.
Przeszliśmy przez ulicę i weszliśmy do parku.
- No dobra, nie będę oszukiwał. Rozgryzłaś nas - westchnął.
- Macie dziwne rozumowanie. Skoro oni na was czyhają, to chyba lepiej żeby dopadli mnie samą, a nie z tobą, albo z kimkolwiek z zespołu.
- Posłuchaj, tu już nie chodzi tylko o zdjęcia - zatrzymał się. - Oni mogą cię nękać pytaniami, wywiadami... Przy mnie się nie odważą.
- Och, proszę cię. Poradziłabym sobie. 
Wybuchnął śmiechem. Zmrużyłam oczy niczym żmija, i wyciągnęłam oskarżycielsko palec w jego stronę.
- Jak śmiesz!
- Przecież ty jesteś za słaba! Ja jestem twardzielem - poruszył brwiami.
I wtedy - jakby Bóg wiedział, że chcę ośmieszyć Sykesa - w krzakach coś się poruszyło. Drgnęłam, przysparzając Nath'owi jeszcze więcej śmiechu. Podeszłam do tamtego krzaka.
- Nathan! Spójrz tylko!
Kiedy Sykes wreszcie zdążył podbiec, zaczęliśmy przyglądać się małej, brązowej kulce leżącej na ziemi. Brązowo-ruda sierść była brudna i zlepiona w wielu miejscach, jaśniejszego koloru powieki mocno zaciśnięte. Całość potwornie się trzęsła.
- Jaki śliczny - szepnął.
- A może to ona?
- Jakie ono śliczne!
Uśmiechnęłam się.
- Pewnie się zgubił... Może ktoś po niego wróci - wzruszyłam ramionami i podniosłam się.
- Żartujesz! - oburzył się Nathan. - Nie możemy go tutaj zostawić!
- Albo jej...
- Nie możemy tu zostawić tego szczeniaka! - przypominał trochę małe dziecko.
- Nath, przecież nie możemy go wziąć - odparłam. - A jeśli ktoś go teraz szuka?
- Ten pies leży tu już od wczoraj - odezwał się jakiś zapijaczony mężczyzna z ławki obok. - Nawet go chciałem wziąć, ale... Warunków ni ma.
Kiwnęłam głową, maskując śmiech. Za to Sykes nadal był przerażony.
- Przecież i tak nie weźmiesz go do was - pokręciłam głową.
- Ja nie, ale... Przecież ty masz takie duże mieszkanie! 

`~`~`

- Postaw to tutaj, będzie lepiej.
- Ale tu już prawie nie ma miejsca! Tam będzie najlepiej.
- Albo tutaj, albo wcale.
- Może być wcale!
Nathan odetchnął głęboko, policzył do dziesięciu, i powiedział:
- Dobrze, w salonie.
I podniósł to nieszczęsne legowisko, kierując się do salonu. Uśmiechnęłam się tryumfalnie, przytulając do siebie tamtego szczeniaczka owiniętego w ręcznik. Mycie go było wysoce stresujące.
Najpierw oczywiście nam nie ufał. Dopiero jak daliśmy mu coś do jedzenia, to dał się jakoś udobruchać. Potem bał się wody, ochlapał mnie i Nathana... Ale jakoś dotarliśmy do finału.
Niestety okazało się, że to jednak on, chłopak.
- Zadowolona?
- Bardzo - zaśmiałam się.
- Nasz mały Stanley nadal się trzęsie? - zapytał, uśmiechając się do brązowego pyszczka.
- Stanley? Chyba kpisz!
- A jak mu dasz? Może Franek?
- A może Nathaniel?
- Niegłupio... - zamyślił się.
- Idiota - prychnęłam.
Sykes, jakby czytając w moich myślach, nalał do miseczki mleka i postawił ją na blacie w kuchni. Ostrożnie postawiłam na nim też psa, który łapczywie zaczął pić. Podpierając się na łokciach, patrzyliśmy na niego w ciszy.
- Może Ben? Albo Ludwik? - zaczął Nathan.
- To może Eustachy? Albo lepiej: Polikarp - odezwałam się.
- Poli-co? - uniósł brwi.
- Nieważne - zaśmiałam się.
- Musi być jakieś dobre imię...
- Może Twardziel? - zaproponowałam, uśmiechając się kpiąco. 
- Dobra, dobra... Już nie cwaniakuj - pogroził.
W tej chwili usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Dreszcz mnie przeszedł, gdy nawiedziła mnie myśl, że to reszta The Wanted.
- Ja otworzę - wyrwał się Nath i po chwili już był w przedpokoju.
Świetnie - pomyślałam. Niech Sykes czuje się u mnie, jak u siebie.
Usłyszałam śmiechy i krzyki. Jednak gwar był mniejszy, i rozpoznałam też kobiecy głos. Zaraz po tym do kuchni wszedł Nathan, a za nim Siva i Nareesha.
- Seev, Ree! Wreszcie - krzyknęłam, rzucając im się na szyję.
Chwilę się podusiliśmy, a potem ich puściłam. 
- I jak wesele?
- Nareesha wyglądała oszałamiająco w tej pomarańczowej suknii druhny - odpowiedział Seev ochoczo.
- Nie naśmiewaj się ze mnie! - oburzyła się. - Suknie były okropne, takie wielkie... Z bufkami - zrobiła zdegustowaną minę.
Nathan zarechotał.
- To mieszkanie wygląda genialnie, wiesz? - zagadnęła Ree. - Masz talent, dziewczyno.
- Przez grzeczność nie zaprzeczę - ruszyłam brwiami.
- Urządzasz tutaj schronisko? - spytał Siva.
Obróciłam się i zobaczyłam przesłodki widok - Nathan dał psiakowi do gryzienia swój palec, i sam przy tym robił komiczne miny. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- To Nathan. Gdybyśmy go tam zostawili, zapewne nienawidziłby mnie do końca życia - wzruszyłam ramionami.
- Pewnie masz nam duużo do opowiadania, co? - szturchnęła mnie w ramię. - Cieszę się, że się z nimi zaprzyjaźniłaś. 
- A czy to nie ty mówiłaś, że jesteśmy głupi? - powiedział Seev, unosząc brwi.
Szybko położyła palec na ustach i wskazała na Sykes'a. Ten jednak nadal bawił się z psem, i nawet nie zwracał na nas najmniejszej uwagi.
- Mniejsza z tym - machnął ręką Seev. - Fran, mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia!
I wtedy Nath się odwrócił.

`~`~`

Kiedy już się wykąpałam i przebrałam w piżamę, chciałam dać psiakowi jeść. Jednak okazało się, że pośród tony kupionych przez nas szamponów dla psów, szczotek, obroży i legowisk, nie było ani jednej paczki karmy! 
" Nathan, jesteśmy głupi. Zapomnieliśmy o karmie! ~ Fran & Pies "
I usiadłam na kanapie w salonie. Szczeniak nawet nie wychylił nosa z legowiska - jak go tam włożyłam, tak leżał. Dalej się strasznie trząsł, i nawet nie zaczął gryźć smakołyków w kształcie kostek.
Włączyłam telewizor. Przez kwadrans skakałam po kanałach, ale oprócz listy hitów w UK i meczu, nic nie było. Spowrotem go wyłączyłam.
Ciszę rozdarło donośne pukanie do drzwi. Pies szczeknął raz, a donośnie. Otworzyłam oczy ze zdumienia i uśmiechnęłam się do siebie. A potem przypomniałam sobie o gościu, więc pobiegłam do przedpokoju i otworzyłam.
Zobaczyłam wielką, żółtą paczkę z suchą karmą dla psów, i jeszcze siatkę z kilkoma puszkami mokrej. Gdzieś pomiędzy tym była głowa Nathana.
- Zwariowałeś? - zaśmiałam się, wpuszczając go do środka.
- Gerard! Nazwijmy go Gerard - powiedział z podekscytowaniem.
- I wlokłeś się przez ten kawał Londynu tylko po to, by mi to powiedzieć? - zapytałam, unosząc wysoko brwi.
- I po karmę.
Westchnęłam głośno. Sykes postawił to wszystko na blacie i wydawał się bardzo zadowolony. Podczas gdy on napełniał różnorodnymi karmami miskę psiaka, ja sięgnęłam po torebkę i portfel.
- To ile mam ci oddać? - spytałam.
- Chyba nie masz mnie za takiego. Nie będę brał od ciebie pieniędzy - odparł. - I tak zwaliłem ci na głowę kłopot z tym psem.
- Daj spokój, to akurat wcale nie był taki zły pomysł - machnęłam ręką, chowając portfel spowrotem.
- Ha! A widzisz? - wyprostował się dumnie.
- Gerard! - zawołałam, a potem gwizdnęłam przeciągle.
Nathan od razu się wyszczerzył, co puściłam mimo wzroku. Pies jednak nie przyszedł.
- Kurde, nadal się boi - ziewnęłam.
- Ech, chodźmy.
Powlokłam się za Sykes'em, i usiedliśmy na dywanie przed legowiskiem. Postawił miskę niedaleko brązowego pyszczka. Po chwili wyłoniły się też łapki z beżowymi skarpetami, brązowo-rudy tułów i czarno zakończony ogonek. Duże, szare oczy spojrzały najpierw na nas, a potem na miskę. Uszy się podniosły, a Gerard zaczął jeść.
- Czemu Gerard? - spytałam w końcu.
- Nie wiem... Natchnęło mnie, gdy kupowałem karmę - odpowiedział.
- Mogliśmy iść z nim do weterynarza.
- Jeszcze pójdziemy... Chyba wszystko z nim w porządku, nie?
Kiwnęłam głową i odwróciłam się do Nathana. I to był błąd. Nasze ramiona się stykały, a jego twarz była strasznie blisko mojej. Zerknęłam tylko w te jego dziwne, ale zarazem śliczne oczy, i znów skupiłam wzrok na psie.
Zaczął machać ogonem, co było wielkim postępem. Wylizał do końca miskę, a potem niepewnie podniósł wzrok na Nathana.
- On się mnie boi? - zapytał zawiedziony.
- Ciebie nie można się bać - zaśmiałam się.
I wtedy, stało się. Gerard podszedł do Sykes'a i położył mu malutki łebek na kolanach. I nadal machał ogonem.
Nath uśmiechnął się szeroko, pogłaskał go i cofnął rękę. Wtedy pies zawarczał słodko, i żeby zwrócić na siebie uwagę, szczeknął kilka razy.
Sykes'a nie mogłam się pozbyć do północy. Wtedy chyba już się wybawił z psem, przytulił mnie krótko i nareszcie wyszedł.
A ja z ulgą położyłam się w łóżku. Otwarta torba w kolorze ciemnozielonym leżała przy szafie, czekając na jutrzejsze pakowanie. Bo właśnie tego dotyczyła propozycja Sivy.
Usłyszałam jakieś głośne chlipnięcie, i coś upadło na podłogę. Zapaliłam lampkę na szafce nocnej i zobaczyłam Gerarda, który usiłował wdrapać się na łóżko.
- No dobra, dzisiaj możesz spać ze mną - powiedziałam do niego, uchylając kołdrę.
Jednak to i tak mu nie pomogło, był za mały. Wzięłam go na ręce i ułożyłam obok mnie. Zgasiłam lampkę, a Gerard zasnął na moim brzuchu.

`~`~`

Gerard przespał spokojnie całą noc i jeszcze rano trudno było go dobudzić. Leżał rozwalony na połowie łóżka i sama się zdziwiłam, że takie maleństwo może zajmować tyle miejsca.
Wyjęłam torbę na wierzch i wtedy przypomniałam sobie, że przecież kompletnie nie wiem, co mam spakować! Dodatkowo, gdzie zostawię Gerarda? Dobrze chociaż, że zaczynam pracować jeszcze za tydzień.
Siva zaprosił mnie w imieniu swoim i całego zespołu pod namioty nad jeziorem. Podobno jeżdżą tam co roku na weekend, w noc świętojańską. Dzisiaj jest 22 czerwca, więc skoro mamy wyjeżdżać koło 15, to wyjedziemy dopiero 24. 
Akurat w moje urodziny.
Tylko co z Gerardem? Pan Bartoli odpada. David czy Jo?
Zdecydowanie Anthony!
Przecież gdybym zostawiła psa u Davida, to odzyskałabym jakiegoś pajacyka ubranego na różowo z różową smyczą i z kagańcem do kompletu.
Najpierw postanowiłam jednak się spakować. Wrzuciłam dwie dosyć ciepłe bluzy, trzy T-shirty, jedne długie spodnie i jedne szorty. Spakowałam też jedną dodatkową parę adidasów. I spray odstraszający komary. I latarkę, w razie czego. I ręcznik i parę kosmetyków. Trudno, jeżeli o czymś zapomniałam, to mogę jeszcze dopakować.
Razem z Gerardem poszliśmy do kuchni. Wsypałam mu suchą karmę do schrupania, i wtedy dostrzegłam na paczce napis "Firma Gerard for Dogs". Mimowolnie parsknęłam śmiechem.
Uświadomiłam sobie, że Nathan jest dla mnie ważny. Tak samo, jak Jay, Tom i Max (o Sivie i Ree chyba nie muszę wspominać). I że zupełnie nie wiem, co bym teraz robiła, gdybym ich nie poznała.
- Fran! Miło cię widzieć - zawołał Anthony, otwierając drzwi swojego mieszkania.
- Ciebie również - uśmiechnęłam się. - Miałabym prośbę. Zostajecie na weekend u siebie?
- Tak. Mamy podlewać kwiatki? - zmarszczył czoło.
- Nie, zaopiekować się psem - wypaliłam szybko. - Proszę?
Jego mina była bezcenna. A potem pojawiła się Jo, i gdy zobaczyła Gerarda na smyczy, od razu zapiszczała:
- Jeju, jaki śliczny! Zawsze chciałam mieć takiego pieska!
I wtedy los Thony'eho został przesądzony.
Wyszłam jeszcze z Młodym na spacer. Przelecieliśmy przez cały mini-park, pospolicie nazywany wychodkiem dla psów. Zmęczyło mnie to, nie powiem. Jednak ta ulga, gdy byliśmy już na swojej ulicy była świetnym uczuciem.
Gerard zerwał się ze smyczy i poleciał przed siebie, do czarnego wysokiego samochodu. Po chwili rzucił się na wysiadającego Nathan'a, który przywitał go okrzykiem:
- Cześć, Gerardzisko!
Zrobiłam wielkie oczy. Gerardzisko? Czy temu Sykes'owi zupełnie już się pomieszało?
- Jezu, co to jest? - zapytał Jay, którego dopiero wtedy zauważyłam.
- Pies, nie widzisz? Mój i Fran - odparł Nath, jakby z wyższością.
- Już jesteście? Myślałam, że trochę później przyjedziecie - odezwałam się.
- Wiem, też tak myśleliśmy. Mała zmiana planów - uśmiechnął się do mnie Sykes.
- Seev z Nareeshą już są w drodze. Oni mieli po ciebie przyjechać, ale wypadło na nas - dopowiedział McGuiness.
- Czyli jedziemy w trójkę?
Tylko kiwnęli głowami.
- No to... Chodźcie na górę. Oddam Gerarda sąsiadom, wezmę torbę i możemy jechać.
Gdy tylko dotarliśmy do mieszkania, zaczęłam pakować rzeczy dla Jo, żeby mogła opiekować się Młodym. Jay z Maleństwem polubili się chyba z wzajemnością, bo potem razem z Nath'em bawili się całą trójką. Jak dzieci - pomyślałam, wrzucając już ostatnią rzecz.
- To ty sprawdź, czy wszystko masz, a my pójdziemy odstawić psiaka - zadeklarował James.
- No... dobrze - zająknęłam się.
Wzięłam z pokoju torbę, i nawet nie sprawdzałam, czy wszystko mam. Miałam pełną baterię w telefonie, choć i tak mi nie starczy na całe 2 dni i trochę. Przysiadłam na kanapie i wpatrywałam się w czarny ekran telewizora. Męczyło mnie tylko jedno pytanie - dlaczego akurat oni? Nie mogłam jechać z Max'em lub z Tom'em? Coś czuję, że Kaneswaran'owi mocno się oberwie.
- Już jesteśmy, Orchard. Możemy jechać - usłyszałam z przedpokoju.
Powiedziałabym McGuiness'owi, że nie mówi się po nazwisku... Racja, w końcu ja też ciągle tak mówię.
James bez wahania wziął ode mnie torbę, a Nathan przepuścił w drzwiach. Zamknęłam je na klucz, a potem skierowałam się prosto do ich czarnego jeep'a.

Hello everyone!
Nowy rozdział, cieszycie się tak jak ja? 


Obarczyłam Was 13 komentarzami, a tu nawet 10 nie było.. Może chociaż tym razem? Bo mam wrażenie, że tylko garstka ludzi to czyta i że się nie podoba. : \
A więc, w przyszłym rozdziale namioty! I nie ukrywam, bardzo się z tego powodu cieszę. Dwa następne rozdziały wniosą dużo śmiechu, ale też zupełnie zmienią bieg wydarzeń..
Spokojnie, nikt nie umrze ani nikogo nie ugryzie jadowita żmija. ;D
W tym rozdziale znów Frathan, ale chyba go lubicie. W sumie to nasza Franka, jak to by ujął Tom, nie ma dużego wyboru - albo Nath, albo Jay. Ewentualnie Max.
Dobra, ale tak poważnie - jak można zdrobnić imię Gerard? Da się w ogóle? :D

Więc 10 KOMENTARZY poproszę, a się uwinę i napiszę kolejny.

That's all. Dzięki, że jesteście i czytacie. ♥ (Robię się sentymentalna, starość...)



wtorek, 16 października 2012

Rozdział siódmy



Ranek - to zdecydowanie jedna z moich znienawidzonych pór w ciągu dnia.
Tym bardziej po imprezie u siebie w domu, dodałam w myślach.
No bo, nie oszukujmy się - gdy tylko wstałam, od razu nadepnęłam na odłamek szklanej butelki po piwie, które dokupił wczoraj Max. Potem sprintem pobiegłam do łazienki po wodę utlenioną, i prawie połowę buteleczki wylałam na nogę.
Świat wydawał się odrobinę lepszy po dosyć długiej kąpieli i po założeniu świeżo wypranych ubrań. O wiele gorzej, gdy zobaczyłam stan swojego salonu, jednak w dwie godziny poradziłam sobie ze wszystkim. Zwracając uwagę na plastik, szkło i papier, wszystkie śmieci posegregowałam... No bo co z tego, że potem i tak trafiły do jednego worka?
W każdym bądź razie, po odkurzeniu każdego zakamarka i po wytarciu każdej gładkiej powierzchni, pochłonęłam śniadanie (taa, tosty, by nie powiedzieć - suchary) i zeszłam na dół ze wspomnianym wcześniej workiem śmieci. 
Po drodze spotkałam Jo, która bynajmniej nie wyglądała na bardzo do życia.
- Fran! Świetnie cię widzieć - powiedziała, trąc oczy.
Oho! Prawdopodobnie czymś się zatruła, albo coś zgubiła. I na czyją odpowiedzialność?
- Och, cześć Jo - odezwałam się głośno i wyraźnie, na wszelki wypadek.
- Zupełnie wyleciało mi wczoraj z głowy. Mam dla ciebie pracę! Mój kolega z gazety, gdzie pisze w rubryce o mieszkaniu i takich tam duperelach - tutaj machnęła ręką - prowadzi własne biuro projektantów wnętrz. Ostatnio zwolniła się u niego kobieta, z powodu ciąży... Szuka kogoś na jej stanowisko. 
- To fantastycznie! - krzyknęłam, sama się dziwiąc własną reakcją.
To musi być ten kac, pomyślałam.
- Jutro zaczynają się rozmowy kwalifikacyjne... Daj tylko jakąś kartkę, to zapiszę ci adres i numer telefonu do firmy!

`~`~`

Wystukałam ostatnie litery i poczułam się o niebo lepiej. Pisanie CV to naprawdę męczące zajęcie. Chociaż teraz musiałam jeszcze znaleźć jakąś drukarkę...
Poszłam do Jo i Anthony'ego, jednak oni nie mieli. Na dół nie chciałam schodzić, bo po co miałabym spotkać Leo? I tak jestem już dziś z nim umówiona...
Więc poszłam na górę.
Zapukałam, a David prawie natychmiast mi otworzył. Trochę mnie to zdziwiło, ale nieznacznie.
- Cześć, mam pyta-...
- Och, co mi będziesz na korytarzu stała? - swoim zwyczajem mi przerwał. - Chodź szybko do środka! Dobrze się składa, akurat kogoś poznasz.
Pociągnięta za rękę, weszłam do mieszkania Davida. Było bardzo eleganckie i ekskluzywne. Fiolety grały pierwszorzędnie swoją rolę i świetnie kontrastowały z mocną zielenią. Od razu znalazłam się w jego salonie. 
Na kanapie - długiej i łaciatej - siedział mężczyzna. Blond włosy falami opadały mu na czoło, a spod nich błyskały jego niebieskie tęczówki, które przyciągały uwagę. Był chyba wysoki i szczupły, do tego bardzo modnie ubrany.
- Francesso, poznaj mojego przyjaciela, Erica.
Chłopak wstał. I nie myliłam się, co do jego wzrostu. Musiałam mocno zadrzeć głowę, by spojrzeć na jego twarz. A trzeba wspomnieć, że do niskich wcale nie należałam.
- Bardzo mi miło - odezwał się ciepłym, męskim głosem.
- Eem... Mi również - wydukałam.
Nie wiedziałam, gdzie oczy podziać. Był przystojny, wysoki, męski... Przecież to raczej niemożliwe, by był "przyjacielem" Davida.
- Fran, Kochana, czego to ode mnie chciałaś? - zagadnął David.
- Potrzebowałabym drukarki - uśmiechnęłam się przymilnie.

`~`~`

- Więc jesteśmy umówieni?
- Nie wiem, czy mogę cię tak wykorzystywać - powiedziałam, ściskając w ręce świeżo wydrukowane arkusze.
- Przecież tylko bym cię podwiózł! I tak muszę jechać do centrum na zakupy - oburzył się. - Ślub mi się szykuje, przecież muszę jakoś wyglądać - dodał.
- No dobrze, skoro masz ochotę marnować paliwo - mruknęłam.
I zbiegłam po schodach na pierwsze piętro, gdzie przy numerku mojego mieszkania, stała piątka chłopaków. Przez chwilę pomyślałam, że to Seev wrócił, jednak to był Kumar. Rozpoznałam po zupełnie innej, nowej fryzurze.
- Cześć, Franka!
- Parker, jeszcze raz tak na mnie powiesz, to zgnijesz w czyśccu - pogroziłam mu.
Zarechotał, więc wszyscy się rozchmurzyli. A chmury gradowe nad nami krążyły, bo chyba wszyscy mieli kaca. No, oprócz Kumara.
- Co was do mnie sprowadza? - spytałam, wchodząc do mieszkania.
- Nie mieliśmy co ze sobą zrobić, i wpadliśmy - ziewnął Nath. - Chyba nas przygrniesz?
- Nie każcie mi ciągle siedzieć w tym mieszkaniu - jęknęłam.
- No i to jest myśl! - wyrwał się Max.
- Kręgle! - krzyknęliśmy jednocześnie z Jay'em.
- Przynajmniej wszyscy się zgadzają - westchnął Sykes.
- Ja prowadzę! - wrzasnął Kumar, już w drodze na dół.

`~`~`

Kręgle przyniosły śmiechu, co nie miara. Jako dziewczyna byłam ostatnia w kolejce, ale to akurat dobrze mi zrobiło. Mogłam przyjrzeć się ich sposobom rzucania. A było ich baardzo dużo. Od rzutu z piruetem, po rzucanie na klęczkach, aż do ślizgu po podłodze razem z kulą.
- Fran, napewno chcesz grać? - zagadnął mnie Max, obserwując Kumara. - Nie chcemy, żebyś się ośmieszyła...
Zostały trzy kręgle.
- Jesteś kochany, że się tak o mnie martwisz - odparłam, uśmiechając się kpiąco.
- Nie dość, że przerastamy cię siłą, to jeszcze intelektem...
- Nie przesadzaj.
- To jest naukowo udowodnione! - dołączył Kumar. - Mężczyźni są mądrzejsi od kobiet.
- Bo kobiety nie dały wam jeszcze nawet próbki swojego intelektu - odezwałam się, patrząc tym razem na Toma.
Został jeden.
- Nie baw się w feministkę - chrząknął Nath, zajmując miejsce Maxa.
- Inteligencja nie jest cechą płci, ale poszczególnych jednostek - usłyszałam nas sobą Jay'a.
- Poeta - mruknął z niesmakiem Tom.
Parsknęłam lekkim śmiechem, na co Max się oburzył, bo właśnie wracał z przegranej bitwy z kręglami.
- Jay to taka szuja, wiesz? - zagadnął mnie Nathan, gdy Loczek poszedł rzucić. - Jest w stanie zdradzić nasz męski sojusz tylko po to, by się tobie przypodobać.
Dalej już nie słuchałam, bo zapatrzyłam się na bezbłędny rzut McGuinessa.
Potem rzucał Nath (z czterema kręglami, które się ostały), no i przyszła kolej na mnie. Zgarnęłam żółtą kulę, a za plecami usłyszałam gwizdy i okrzyki, typu:
- Nie przejmuj się, jak ci nie pójdzie!
Lub:
- Damy ci fory!
Jeszcze zobaczymy, pomyślałam. Podśpiewując sobie pod nosem "Helenę" zespołu My Chemical Romance (to moja szczęśliwa piosenka, wiem że bez sensu), rzuciłam z impetem kulę i siebie razem z nią. Zdążyłam wesprzeć się na dłoniach, które zamortyzowały upadek. Szybko podniosłam głowę, akurat gdy kula rozbiła wszystkie kręgle.
- No nie wytrzymam...
- Widzieliście to?
Uśmiechnęłam się pod nosem, otrzepałam i wstałam. Potem odwróciłam się i głośno zaśmiałam na widok min chłopaków. A potem powiedziałam:
- Spokojnie, chłopcy. Inteligencja nie zależy od płci, tylko od poszczególnych jednostek.
I podeszłam do naszego stolika, by się czegoś napić.

- Chcesz?
Przed oczami pojawiła mi się czerwona paczka Skittlesów. To nie było dziwne, dopóki nie zobaczyłam charakterystycznych bransoletek i tatuażów na ręce tego kogoś, kto ją trzymał. A był to właśnie Loczek.
- Oczywiście - zaśmiałam się.
Usiadł obok mnie. Owiało mnie zimne powietrze i zapach naprawdę dobrych, męskich perfum. Rozerwał paczkę jednym silnym ruchem i wyciągnął ją w moją stronę.
- Co ci się stało, że przychodzisz do mnie z własnej woli? - zapytałam, biorąc parę do ręki.
- Tak właściwie to założyłem się z chłopakami, że ci się nie uda... - podrapał się po głowie. 
- Nie wierzę, że na mnie liczyli.
- Będę szczery - westchnął. - Tylko Nathan i Kumar na ciebie stawiali.
- Szowinistyczne świnie! Tylko dwóch? - zdziwiłam się.
Roześmiał się, co pięknie brzmiało. No dobra, przyznaję się publicznie - lubię jego głos. Oprócz tego, oczy i włosy. I plecy. I usta.
- Nie wyglądasz na taką... - wykonywał dziwne ruchy rękami, aż w końcu odetchnął głośno. - Na taką.
- Eee.. dzięki - zaśmiałam się, a on zaraz po mnie.
I wtedy przyszedł Max.
- Stary, grasz czy randkujesz?
- A, już - mruknął, wziął garść Skittlesów i pobiegł do torów.
A kiedy wstawałam, Max puścił mi oczko. Albo tylko mi się wydawało?

`~`~`

- Musiałaś oszukiwać!
- Tom, jak można oszukiwać w kręglach? - zapytałam przez śmiech.
Zamyślił się głęboko, omiatając wzrokiem sufit. W tym samym czasie Max otworzył niebieskie drzwi do raju - mojej kamienicy, i wpuścił mnie pierwszą.
- No patrzcie! A jeszcze dwie godziny temu jej mówił, że jest od nas głupsza - pokręcił głową Kumar.
- Mamy chyba inny problem - zasępił się Nathan, zamykając te same drzwi.
Chłopcy przystanęli, więc ja też. I bynajmniej, Sykesowi nie chodziło o nadal zamyślonego Toma.
- Też ich zauważyłeś? - spytał go Jay.
- Chwila, chwila... Kogo? O co chodzi? - wtrącił Max.
- Banda jakiś paparazzi czychała na nas w parku, a teraz tutaj przy targu - wyjaśnił Sykes. - Za często wpadamy do ciebie, Fran. Obawiam się, że zaczną i ciebie obserwować.
- No chyba nie chcecie mi powiedzieć, że uważają mnie za dziewczynę jednego z was?
- No... tak właściwie, to to chcieliśmy powiedzieć.
- Wracajmy już do siebie... No i może lepiej będzie, jak jutro nie przyjdziemy - odezwał się George.
Skoro wolicie reporterów ode mnie... - pomyślałam.
Max podszedł do mnie, i starym, sprawdzonym, gimnazjalnym sposobem - pożegnał się ze mną całując mnie w policzek. Zrobił tak też Kumar, Nath dołączył uścisk. Jay tylko kiwnął głową, uśmiechnął się półgębkiem i wyszedł z kamienicy za chłopakami. Został Tom.
- Da się oszukiwać w kręglach - rzucił, gdy pocałował mnie w czoło i wybiegł na zewnątrz.

`~`~`

- Mój ojciec był naprawdę bardzo... włoski. Zostawił mamę, zanim się urodziłem, i odszedł do jakiejś kobiety... Więc zostaliśmy tylko ja, mama i moja siostra. Miałem ciężki żywot, bo obarczano mnie największymi obowiązkami... W końcu byłem głową rodziny...
Kiwnęłam głową i z trudem zamaskowałam ziewnięcie. Leo przerwał swój półgodzinny wywód na temat rodziny, by przełknąć trochę wina. Zaraz się skrzywił i wydukał:
- Istna lura... Jak mogą podawać coś takiego w restauracjach?
- Nie jest wcale takie złe - stwierdziłam, upijając łyk.
- Nie jest takie złe? Chyba żartujesz! - wzburzył się. - Kelner!
Zaprosił mnie do włoskiej restauracji. Dał mi czerwone róże. Zero piwa, kręgli ani Skittlesów. Przez pół godziny zdążyłam nawet poznać całe jego drzewo genealogiczne, od strony matki! Kiedyś musiało się coś zepsuć.
- Słucham? - odezwała się miła dziewczyna, jednak bardzo zdenerwowana.
- Co wy tutaj podajecie? To wino jest okropne! Żądam zamiany tego czegoś, na prawdziwe wino włoskie! - wykrzyczał.
- A-ale... T-to jest wino francuskie - wyjąkała dziewczyna, trzęsąc się ze strachu.
- Francuskie! - powiedział z kpiną i uderzył dłonią w stół. - Na co jeszcze czekasz? Masz przynieść włoskie!
I już jej nie było. Pobiegła do kuchni, a po drodze wypadły jej wszystkie zamówienia, które trzymała. Chciałam się podnieść i je zabrać, ale Leo oświadczył:
- Nie. Chołocie nie można pomagać.
Z chołotą nie można się umawiać, przeszło mi przez myśl. Ta randka to przecież porażka!
Na domiar złego, w tym samym momencie dostałam smsa. Maxse obdarzył mnie lodowatym spojrzeniem, jednak potem uniósł brew do góry i z grymasem wskazał na moją torebkę. Uznałam to za pozwolenie.
" I jak, Kochana? Randka w porządku? Bo my nadal kłócimy się o te głupie kręgle ~ zgadnij, kto! "
Mimowolnie uśmiechnęłam się do ekranu, co nie umknęło uwadze Leo.
- Kto to? Twój chłopak?
- Gdybym miała chłopaka, to bym się z tobą nie umówiła - prychnęłam.
"Ta randka to jakiś koszmar. Możecie mnie stąd zabrać? I przy okazji wyjaśnicie, skąd podwinęliście mój numer telefonu, bo nie przypominam sobie, bym go wam dawała... "
- T-to jest w...ww...włoskie - usłyszałam nad sobą.
- Ha, włoskie! Zaraz się okaże - chrząknął Włoch, przygarniając do siebie butelkę. Kelnerka chciała odejść, ale on krzyknął: - No czekaj! Zobaczymy, czy nie kłamiesz.
Oby to było włoskie, oby to było włoskie, krzyczałam w myślach. Dziewczyna też miała wyraz twarzy, jakby się modliła o włoskie.
Otworzył zgrabnie butelkę, zawartość kieliszka wylał na podłogę (miałam ochotę zapaść się pod ziemię!) i nalał sobie bordowego napoju. Napił się.
- Dannazione! Oszuści - skomentował dosadnie, wypluwając wino.
No i nie wytrzymałam. Wstałam szybko, zarzuciłam torebkę na ramię i wycelowałam oskarżycielsko palcem w Leo.
- Wychodzimy, w tej chwili - powiedziałam. - Ogłuchłeś?
Skrzywił się, jednak wstał i skierował się do drzwi. Gdy zauważył, że nie idę obok, zawołał mnie.
- Ja mam tu jeszcze coś do załatwienia, poczekaj przed restauracją.
No i wyszedł. A ja sięgnęłam do portfela i wcisnęłam kelnerce do ręki trochę banknotów.
- Strasznie cię przepraszam za niego - szepnęłam.
- T-to nic... Ja s-się jeszcze n-nauczę - wyjąkała.
Uśmiechnęłam się do niej lekko, i ściskając w dłoni pasek do torebki, wyszłam na zewnątrz.
Od razu go zobaczyłam, bo na tak przystojnego faceta nie trzeba długo wyglądać. Uświadomiły mi to dziś te wszystkie kobiety, które wlepiały w niego wielkie, wymalowane mascarą oczy.
- Nareszcie! - krzyknął.
- Chyba domyślasz się, że to nasze pierwsze i ostatnie spotkanie?
Uniósł brwi do góry i wyglądał na zdumionego. I niedocenionego.
- Mnie też było miło. Cześć - powiedziałam.
A potem odwróciłam się i poszłam w zupełnie inną stronę, niż w którą powinnam iść.

`~`~`

"Tacy czarujący mężczyźni jak my nie muszą się długo starać, by zdobyć to, co chcą... ;D ~Nathan "
" Pozostawię to bez kometarza! Osiągnięcie: denna randka - zaliczone na 6+. Koniec z zapijaczonymi Włochami."
"Hahaha, czuję, że się ubawiłaś tej nocy! ~ Tom "
"Bardzo... chyba nigdy już nie pójdę do tamtej restauracji. Tylko narobił mi wstydu!"
- Dziękuję bardzo - powiedziałam, odbierając szklankę whisky.
Kawiarnia 'Golden Sky', którą pierwszego dnia pokazała mi Nareesha, wyglądała tak samo. Nawet pani Mary - barmanka - nadal stała w tym samym miejscu i nadal wycierała szklanki.
- Taka młoda, i już pijesz? Co się dzieje z tą młodzieżą - westchnęła.
- To tylko tak, na odstresowanie - uśmiechnęłam się. - Właśnie wracam z najgorszej randki w moim życiu.
- Nie ma złych i dobrych randek - stwierdziła. - Są tylko randki spędzone ze złymi osobami.
- A jeżeli nie mogę się spotkać z tą osobą, z którą chcę?
"Musisz wszystko jutro opowiedzieć! A my wracamy do pracy. Jay'owi nareszcie zachciało się coś robić, i Nath przestał jeść. Wokale same się nie ułożą... Dobranoc! ~ Max & Friends "
- Dobranoc - szepnęłam sama do siebie.
Wypiłam szybko whisky, która mnie natychmiast rozgrzała. Zapłaciłam, opatuliłam się mocniej swetrem i wyszłam na ulicę Londynu. Deszcz mżał, wiał chłodny i nieprzyjemny wiatr. Ładną mamy jesień tego lata. 
Ale czemu to mnie dziwi? To w końcu LONDYN.


No tak, to znowu ja.
Wiem, jestem straszna i okropna, bo dodaję dopiero teraz, a miałam się poprawić... Ale wybaczycie? 
Więc, oto był siódmy rozdział, który jest... nawet, nawet. Mamy trochę Fray, dla równowagi, myślącego Toma i odwieczną walkę płci. Do tego włoski temperament, no i wychodzi całkiem niezły rozdział. :D
PROSZĘ o komentarze... No co najmniej 13 <mój numer w dzienniku>, bo ostatnio ich coraz mniej i coraz mniej... Bardzo proszę.

I ostatnia sprawa. Widziałyście IFY? Genialne, prawda? ♥

13 KOMENTARZY = NOWY ROZDZIAŁ.