niedziela, 20 stycznia 2013

Rozdział szesnasty


Już nie wieje! Ale nadal jest zimno i często pada deszcz.

Około dziewiątej obudził mnie dźwięk sms-a. Uniosłam głowę i przesunęłam ciało w stronę zagłówka, bym mogła się o niego oprzeć. Sięgnęłam po telefon.
" Przepraszam po raz kolejny. Nie powinienem był mówić im o tej całej sprawie z Arthur'em. Nie cierpię po prostu, gdy ktoś cię krzywdzi. Moją prawie siostrę... : ) - Seev. "
To sprawiło, że poranek miałam udany. Zaraz zadzwoniłam do Irlandczyka i sprostowałam sprawę. Ucieszył się. Spytał też, czy moglibyśmy się spotkać w trójkę z Nareeshą wieczorem, jak kiedyś, ale powiedziałam, że mam inne plany.
Od dwóch tygodni na dnie mojej szuflady leżały bilety na całonocny seans filmowy w nowo otwartym kinie. Dziś po raz ostatni odbywała się ta impreza, więc zamierzałam iść.
Ubrałam się, zjadłam śniadanie, pozmywałam po sobie. Potem związałam włosy w wysokiego kucyka i sięgnęłam za słuchawkę telefonu.
- Witaj, Aniele - zacmokał Sykes.
- Twój syn się stęsknił - zaśmiałam się. - Dasz się wyciągnąć na spacer?
- Jasne, zaraz będę.
- Czekamy w parku - powiedziałam, po czym się rozłączyłam.
- Geraard!
Pies przybiegł, robiąc mnóstwo hałasu. W trzy sekundy zjadł całą miskę karmy i był gotowy do wyjścia. Sięgał mi już ud, tak strasznie szybko rósł... Od pewnego czasu bałam się z nim wychodzić. Gdyby rzucił się do przodu, poleciałabym za nim. Po drodze gubiąc zęby.
Otworzyłam drzwi, wypuszczając go na korytarz. Słyszałam, że zbiegł po schodach na dół. W tym czasie założyłam swój beżowy płaszczyk i musztardową czapkę na rozpuszczone włosy. 
Gdy zamykałam drzwi, pan Bartoli wyszedł z mieszkania. Pies radośnie do niego podbiegł.
- Gerrek - Giuseppe uśmiechnął się wesoło.
- Jestem! Proszę nie krzyczeć, że puszczam psa wolno - zawołałam, zbiegając na dół.
- No, udało ci się - pogroził mi palcem, uśmiechając się serdecznie. - Czekaj moment...
Skoczył do mieszkania, a potem wrócił ze sporą kością w ręku.
- Kupiłem dla niego wczoraj, daj mu jak będzie grzeczny - puścił mi oczko.
- Gerard, podziękuj - powiedziałam do psa.
Machnął ogonem w lewo i prawo, i na tym się skończyło.
Pomyślałam, że Nathan może być już w drodze, więc przypięłam smycz do obroży Gerarda (którą trzeba było kupować co trzy miesiące, bo wtedy zaczynał się dusić w starych). Pomknęliśmy przez ulicę prosto do Regents Park. A tak poważnie mówiąc, ten spacer zajął nam pół godziny. Jak tylko dotarłam do tego olbrzymiego, ale też pięknego parku, ległam na ławce.
Nathan samochodem pojawił się jakieś dziesięć minut później. Droga do mnie zajmuje The Wanted zazwyczaj jakieś czterdzieści minut.
- Sykes!
- Orchard! 
Nath szedł w naszą stronę z szeroko rozłożonymi ramionami. Przytuliliśmy się krótko, a potem Sykes zabrał mi z rąk smycz.
- Zbyt mało czasu z nim spędzam, musisz mi wybaczyć - wyjaśnił.
Chciałam iść w połowie tak szybko jak oni, ale nie dawałam rady. Nathan miał dłuższe nogi, a Gerard robił cztery kroki w tym czasie, gdy ja dwa. Podczepiłam się pod rękę Sykes'a, co trochę mi pomogło. 
- Nie chciałbym być nachalny i arogancki, ale... powiesz mi, kim była ta, dla której cię rzucił? - spytał Sykes.
- Nathan, ja...
- Bożee! Fancy i Nathan z The Wanted!
Dwie podekscytowane dziewczyny do nas przybiegły.
- Możemy zdjęcia? - spytała blondynka.
- Jasne - Sykes przybrał ten swój uśmieszek dla fanów.
Ja przytrzymałam psa i uciekłam z obiektywu.
- Fancy, z tobą też! - ta sama blondynka wyciągnęła do mnie dłoń.
- No... dobrze - uśmiechnęłam się.
Pozowałam do zdjęcia z blondynką, a potem z brunetką. Wszystko byłoby fajnie, gdyby jedna nie spytała:
- Jesteście ze sobą?
Spojrzałam na Nath'a i zaśmiałam się do siebie.
- Nie, tylko się przyjaźnimy - odpowiedział Nathan.
- Spokojnie dziewczyny, jest wolny - dodałam.
- Och, to szkoda - powiedziała brunetka. - To znaczy, świetnie - poprawiła się, a my się uśmiechnęliśmy. - Po prostu bylibyście fajną parą.
- Ciągle byśmy się kłócili - machnęłam ręką.
Pogadały jeszcze chwilę, a potem mogliśmy z Nath'em kontynuować spacer. Kiedy odeszły dostatecznie daleko, szturchnął mnie w bok.
- Może poudajemy parę? Wiesz, pod publiczkę. Będzie skandal - zatarł ręce.
- O nie! Nie chcę przeżywać tego znowu - uniosłam ręce w górę. - Pamiętasz, jak w lipcu fanki mnie atakowały na twitter'ze? Niby byłam dziewczyną Max'a, twoją i jeszcze Jay'a.
- A ostatnio mają cię za dziewczynę Joel'a - ruszył brwiami.
- Bardzo zabawne - prychnęłam.
Na rozległej murawie do biegania dla psów, podałam Nathan'owi kość. Przez godzinę biegali z Gerardem po całym polu, tarzali się w trawie... I było okej, póki Sykes nie wrzucił mnie w stertę jesiennych liści. Zaczęłam nimi w niego rzucać, a w rezultacie - obydwoje byliśmy brudni i zmęczeni. Nathan był na tyle kochany, że podwiózł nas do domu, oszczędzając nam dwóch mil marszu do mieszkania. Na pożegnanie pocałował mnie naturalnie w czoło.

Kończyłam właśnie kolejny projekt dla pana Barney'a. Robiłam je średnio dwa razy na tydzień, ale on i tak nie mógł się zdecydować.
Mój telefon się rozdzwonił. Na wyświetlaczu zobaczyłam słówko "Loczek".
- Hello? - odebrałam, wyciągając nogi w przód.
- Mamy niespodziankę!
- Wy ciągle macie jakieś niespodzianki - mruknęłam.
- Zgadnij, co razem robimy w przyszłym tygodniu? - był jakiś... radosny? Ostatnio rzadko to się zdarzało.
- Oświeć mnie.
- Nagrywamy teledysk do "Something I can not explain"!
- Żartujesz! - ucieszyłam się. - Tak szybko?
- Theo nakłonił nas, byśmy zrobili to szybciej. Więc teledysk wyszedłby za dwa tygodnie!
- Nie wierzę - zapiszczałam. - Ale gdzie? Macie koncepcje?
- Robimy tak, jak było ustalone z Jayne - powiedział to z lekką melancholią w głosie.
Tęskniłam za Jayne, chłopcy też. Oznajmiła nam, że nie może dłużej nas prowadzić. Oficjalnie naszym menadżerem został Martin - we wtorek miałam się z nim spotkać.
- No to dajcie mi znać, co i jak - uśmiechnęłam się. - Jesteśmy w kontakcie?
- Jasne. Trzymaj się!
Odrzuciłam głowę do tyłu i wyszczerzyłam się do sufitu. To dzieje się naprawdę! Niedługo wydam swój pierwszy singiel i rozpocznę pracę nad płytą. Zacznę koncertować z The Wanted. 
Czułam się szczęśliwa już teraz, więc co będzie potem?

Usadowiłam się z popcornem i colą w sali kinowej. Przebrałam się wcześniej w moje wygodne rurki w kolorze łososiowym, a na górę założyłam długą i luźną, niebieską koszulę. Do tego brązowe buty za kostkę, ocieplane futerkiem od środka.
Na początku zemdliło mnie od tych reklam, aż spojrzałam trzy rzędy niżej. Tu był Joel! Z przymkniętymi oczami sprawiał wrażenie śpiącego, głowę oparł o ścianę.
Instynktownie wyjęłam komórkę i wysłałam mu sms-a o treści:
" Co robisz dziś wieczorem? Jakieś plany? xx - Fran. "
Parę sekund po tym mogłam obserwować, jak odbiera sms-a i jak uśmiecha się do ekranu. Odpisał, wysłał. 
I zapomniałam, że mam włączony dźwięk w telefonie.
Rozległ się odgłos przysyłanego sms-a. Zasłoniłam się popcornem, bo Joel rozejrzał się uważnie po sali.
" Nie, dzisiaj jestem wolny. Proponujesz coś? ;D "
Wystukałam:
" Wystarczy, że przesiądziesz się trzy rzędy wyżej... "
Gdy tylko uniósł telefon i jego wyświetlacz rozbłysł, Peat znów się obejrzał. Pomachałam do niego. Przecisnął się przez swój rząd, z kurtką na ramieniu i popcornem w dłoniach. Po chwili pojawił się obok mnie.
- No proszę, rzeczywiście jesteś wolny - sceptycznie uniosłam brew w górę.
Poległ na siedzeniu obok mnie, które dzięki Bogu było puste.
- Po prostu nie chciało mi się siedzieć tutaj całą noc samemu - odpowiedział, wkładając komórkę do kieszeni. - Ale skoro ty tu jesteś...
- Co grają najpierw? - spytałam, rozglądając się za swoją kartką z repertuarem, które to rozdawali przy wejściu.
- Przed świtem - mruknął, krzywiąc się nieznacznie.
- To świetnie - wyprostowałam się i z uśmiechem obserwowałam ekran.
- Świetnie? Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że lubisz to dziadostwo? - zaśmiał się.
- Prawdziwa miłość, walka - wymieniałam. - To nigdy się nie znudzi.
- Cóż - uniósł brwi - są ludzie i są parapety.
Spojrzałam na niego z szokiem wyrytym na twarzy.
- Skąd to znasz? Myślałam, że to tylko moje powiedzonko - spytałam.
- Wybacz, mówię tak od co najmniej roku - spojrzał na mnie z tryumfem w oczach.
- A ja od półtora - ruszyłam brwiami.
- Ciszej! Już się zaczyna! - ktoś z góry nas upomniał.
Wytrzymałam i obejrzałam w całości cztery filmy, szeptem komentując niektóre sceny i śmiejąc się z Joel'em. Podczas piątego powieki zrobiły mi się ciężkie i nawet nie wiem, gdy zasnęłam na ramieniu Peat'a.

Joel miał powód, by sobie ze mnie żartować. Usnęłam na naprawdę niezłym filmie akcji! A przynajmniej według niego.
Postanowił pojechać za mną, żebym po drodze się nie zdrzemnęła za kierownicą. Deszcz tłukący o przednią szybę i tak skutecznie mi to uniemożliwiał.
Kiedy zaparkowałam i wysiadłam z samochodu, czarna toyota zatrzymała się dwa samochody dalej. Zanim Peat wyszedł z auta, ja stałam już pod małym daszkiem na schodach od mojej kamienicy, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę. Nie denerwowałam się, oczywiście. Po prostu było mi zimno.
- Brawo, teraz nie zasnęłaś - zaśmiał się, podbiegając i kuląc głowę przed deszczem.
- Na drodze dzieją się ciekawsze rzeczy niż w tym "filmie akcji" - zakreśliłam cudzysłowy w powietrzu.
- Nie wiesz, co dobre - pokręcił głową z dezaprobatą.
Zapanowała krótka cisza. Bardzo chciałam odwołać się do tego, co stało się w studio zanim wszedł Andy.
Na szczęście, wyręczył mnie.
- Przepraszam za tą wczorajszą sytuację - odparł, zerkając mi w oczy.
Nie! Nie chciej tego odwoływać, proszę. Nie bądź jak Jay!
- To, co jest między nami - zatrzymał się, szukając odpowiednich słów. - Pewnie robię z siebie idiotę, co? - uśmiechnął się szeroko.
- Nie, kontynuuj - na mojej twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech.
Położył dłoń na karku, wziął głęboki wdech.
- Gdyby Andy nie wszedł, pewnie doszłoby między nami do pocałunku - zaczął. - Żałuję, że nie przyszedł kilka minut później, ale to i tak nic nie zmienia. Znamy się cztery dni, ale podobasz mi się i czuję, że mógłbym się w tobie zakochać. Jeśli tego nie chcesz, nie dawaj mi szansy ani nadziei. Jeżeli jednak poczułaś to samo względem mnie, to nie trzymaj mnie dłużej w niepewności - powiedział, patrząc na swoje buty.
Moje serce biło teraz z szybkością 1000 uderzeń na sekundę. On odwzajemnia to, do czego bałam się przyznać przez te cztery dni!
- Mówiąc prościej, chcesz zaprosić mnie na randkę? - uniosłam brew, bezskutecznie walcząc z uśmiechem i iskierkami szczęścia w oczach.
Wydał z siebie coś pomiędzy śmiechem a wypuszczeniem powietrza.
- No tak - przyznał, wreszcie odrywając wzrok od ulicy.
Poczułam się tak pewnie, jak jeszcze nigdy. Nie chciałam zwlekać. Podobał mi się do granic możliwości i czułam się przy nim naprawdę dobrze.
Dodatkowo, on mógł do końca wymazać z mojego serca Arthur'a i Jay'a.
I może liczyłam na zbyt wiele, ale on naprawdę mógł to zrobić.
Moja dłoń powędrowała do jego twarzy. Palce chwilę gładziły po doskonale ogolonym policzku, aż ostatecznie dotknęły różowych warg. Wbrew delikatności tej chwili, mój wzrok był wyostrzony, a twarz ściągnięta w skupieniu. Nie chciałam pominąć żadnego szczegółu po to, żebym potem bez żadnych modyfikacji mogła odtworzyć tą scenę w myślach.
Joel łagodnie poprawił mi czapkę, mocniej naciągając ją na uszy. Jego dłonie powędrowały do mojej talii. Nasze twarze powoli zbliżały się do siebie. A gdy już czułam oddech drugiej osoby na moim policzku i szyi, bezwiednie przymknęłam oczy. 
Kiedy nasze usta wreszcie zahaczyły o siebie, poczułam że pasują do siebie idealnie. Chciałam trwać w tym miejscu wiecznie. Brakowało jeszcze muzyki w tle. Rozchyliłam wargi w tym samym momencie, co on. Pocałunek pogłębiał się coraz bardziej.
Odsunęłam twarz od jego. Miałam wrażenie, że jego oczy są pełne wesołych błysków.
- To miało oznaczać, że się zgadzasz? - zapytał, uśmiechając się uroczo.
- Jeszcze pytasz? - zaśmiałam się.
- Zadzwonię jutro, okej? - nachylił głowę tak, że nasze czoła prawie się stykały.
- Dobrze - zgodziłam się.
- Chodź, ty grubasie - usłyszałam z wnętrza kamienicy głos pana Bartoli. - Nawet spać nie dasz, tylko sikać ci się chce!
To miłe, że wychodził na spacer z Gerardem nawet o trzeciej w nocy.
Zdążyłam odskoczyć od Joel'a akurat, gdy drzwi się otwarły.
- Panienko Orchard, dobrze że pani jest - zawołał pan Bartoli. 
- Mam wyjść z nim na spacer?
Widziałam minę Peat'a na widok Gerarda. Musiał przestraszyć się jego gabarytów.
- Nie, już wyszedłem, więc - tutaj dostrzegł Joel'a. - Ja wam tutaj gadam, a pewnie przeszkodziłem! Już uciekam.
Uniósł ręce w górę i zanim zdążyłam za nim krzyknąć, gonił już Gerarda, który leciał na oślep w stronę budki z chińskim jedzeniem. Ze swojej kurtki uformował nad głową namiot.
- To jest 'twój syn'? - spytał Joel.
- Mój i Nath'a - kiwnęłam głową.
- Podobny do ojca - stwierdził. - Jest strasznie... duży.
- Uwierzysz, że ma dopiero trzy miesiące?
- Boże! To jaki on będzie, gdy urośnie - zaśmiał się.
W tamtej chwili Peat wyjął telefon z kieszeni, przeczytał smsa i spojrzał na mnie.
- Muszę się zbierać. Moja siostra jest ostatni dzień w Londynie i właśnie pojechała do mojego mieszkania - zawiadomił mnie, wzdychając ciężko. - Zadzwonię do ciebie jutro.
Skinęłam głową, rozpromieniając się lekko. Joel zrobił krok do samochodu, ale zaraz się cofnął.
- Tak właściwie, nie powinienem odejść bez pożegnania - oświadczył, a na jego twarzy pojawił się jeden z tych uroczych uśmiechów.
- Nie powinieneś - odpowiedziałam, kręcąc głową.
Uśmiechnęliśmy się do siebie. Joel nachylił się do mnie, a ja objęłam dłońmi jego twarz. Ostatecznie przyciągnęłam go do siebie, by po raz drugi i ostatni dzisiaj zasmakować jego ust.
- Tak, teraz już mogę iść - mruknął, gdy tylko nasze wargi się oddaliły.
Widziałam, jak szybko przebiegł przez deszcz do samochodu. Miałam wchodzić do kamienicy, gdy z końca ulicy zaczął lecieć Gerard ze smyczą powiewającą na wietrze. Bez zastanowienia wyszłam na deszcz i złapałam smycz. 
Dopiero gdzieś w tyle zobaczyłam głęboko dyszącego pana Bartoli.
Automatycznie spojrzałam w stronę samochodu Joel'a, ale jego już nie było. Wpuściłam psa do środka kamienicy, zamknęłam drzwi i poszłam w stronę pana Giuseppe, żeby posłużyć mu ramieniem.

Hello!
Minął tydzień <prawie>, więc dodaję kolejny rozdział.
W szesnastce macie coś, co niemal zdarzyło się w ostatnim odcinku... Francessa i Joel się pocałowali. Czy tylko mi się wydaje, że to trochę za szybko?
Cóż. Sami tego chcieliście!
Nie będę już dalej omawiać rozdziału, bo jest totalnie beznadziejny.

Pomówmy o sprawach poważniejszych.
Jak to jest, że przybywa mi obserwatorów, a komentarzy nie?
Kuurde, mam 37 obserwatorów, a komentarzy mniej więcej 10. Więc tylko 10 osób to czyta? Dobrze wiedzieć.
WIELKA PROŚBA. Ten kto czyta, niech skomentuje. Nawet jednym słowem. To chyba nie jest trudne i czasochłonne, a dla mnie znaczy bardzo dużo.

I takie pytanie, na odchodne - jakie lubicie jeszcze brytyjskie zespoły? Potrzebuję jednego do nowego opowiadania.

Goodbye! Pożegnam Was dzisiaj gifami z Joel'em, a co! 





poniedziałek, 14 stycznia 2013

Rozdział piętnasty


Tak, dobrze się domyślacie. Nadal wieje i jest zimno.

Wiedziałam, że w domu The Wanted nie może być nudno. Spałam sobie spokojnie w pokoju Max'a, który poszedł spać z Nathan'em, aż nagle poczułam drażniący moje nozdrza zapach spalonego jedzenia.
Natychmiast pobiegłam na dół, do kuchni, co wyszło mi wyjątkowo niezdarnie za sprawą mojego niedospania. Na patelni paliły się naleśniki, a przy stoliku siedział śpiący Nathan. W tym samym momencie do pomieszczenia wpadł James, który złapał patelnię za rączkę i wsadził ją do zlewu, a ja odkręciłam wodę. Narobiło się hałasu i dymu, dopiero wtedy obudził się Sykes.
Był na tyle kochany, że chciał zrobić takie duuże śniadanie na rano, ale nie wyspał się w nocy przez Max'a i zasnął podczas gotowania.
Gdy kuchnia została pod opieką Nareeshy, ja spokojnie poszłam na górę i wzięłam prysznic. Ubrałam się w czarne rurki, białą bokserkę, a na to założyłam gruby, zapinany kardigan sięgający mi do połowy ud. Na nogi wcisnęłam swoje ulubione granatowe trampki, które kupiłam przy pomocy Sivy w sierpniu. Włosy zostawiłam rozpuszczone, z tym że zrobiłam sobie przedziałek lekko po lewej stronie.
Pościeliłam łóżko, odsłoniłam rolety i uchyliłam okno. Ree jeszcze nie wołała na śniadanie, więc wzięłam z biurka laptop Max'a i zaczęłam sprawdzać najnowsze plotki.
Był artykuł o występie The Wanted na wczorajszej zbiórce pieniędzy. W jednym akapicie wspomniano o Nareeshy, Kelsey i przyjaciółce zespołu, Fran Orchard, znanej również jako Fancy. Ta ostatnia niedługo ukaże swój pierwszy singiel i wszyscy czekają na debiut gwiazdy, którą The Wanted tak bardzo promują.
Śmieszne.
Ze zgorszeniem obejrzałam również artykuł o randce Joel'a z Lawson. Uznano mnie za jego nową dziewczynę. 
Zajefajnie.

Theodore ukrył twarz w dłoniach. Cierpliwie podszedł do Tom'a i zaczął mu coś zawzięcie tłumaczyć. Parker odwrócił się w stronę lustra weneckiego i zaczął go przedrzeźniać, doskonale wiedząc, że ktoś go teraz ogląda.
- Czy on nie może zabrać się do pracy? Czekam na swoją solówkę od pół godziny - zniecierpliwił się Nathan.
Westchnęłam, siadając do pianina. Sala, w której teraz byłam, roiła się od instrumentów. Max brzdąkał coś na basie, Jay wystukiwał rytm na perkusji, a Siva chodził po pokoju i esemesował. Nathan siadł na ławeczce obok mnie.
Zaczął wygrywać "Wlazł Kotek Na Płotek". Dodałam do tego swoją linię melodyczną i bawiliśmy się tak przez jakiś czas, póki Tom i Theo, nasz 'nauczyciel muzyki', nie weszli do pokoju.
- Sykes, pora na ciebie - mruknął ten starszy.
Nathan zatarł ręce i pobiegł przodem do nagrywalni. Theodore z mniejszym przekonaniem ruszył za nim.
- Nasza pierwsza wspólna piosenka, czujesz to? - Tom usiadł na miejscu Nathan'a.
- I teraz będę już sławna? - zmarszczyłam nos.
- Jeśli się uda... Ale najpierw musimy nagrać teledysk. Może być śmiesznie - szturchnął mnie w bok.
- Fran! Chcesz się przejść? - zapytał Max, prawie kładąc się na fortepianie.
- To pachnie jak podstęp, ale dobra - wstałam i ruszyłam za George'm.
Poprowadził mnie przez połowę korytarza, potem skręciliśmy w lewo, aż wreszcie doszliśmy do kolejnego lustra weneckiego. Zajrzałam przez nie do środka. Lawson.
- Czemu się nie skapnęłam? - spytałam samej siebie.
- Wchodzimy?
- Za moment. Daj popatrzeć! - zaśmiałam się.
Lubiłam obserwować ich podczas gry. Byli spokojni, skupieni i piękni na swój sposób. Lubiłam miny, które robili. 
Max otworzył z impetem drzwi i krzyknął:
- Heyy Guys!
Tamci rzucili się na niego, a kiedy ich entuzjazm ostygł, postanowiłam również wejść.
- Hello! - zarzuciłam z nadmiernym akcentem wywiezionym z Manchesteru.
- Przyprowadziłeś swoją dziewczynę, jak miło! - zawołał Ryan, przybijając mi piątkę.
Max strzelił go lekko w twarz, a Andy roześmiał się głośno.
- A myślałam, że tylko idioci czytają tabloidy - westchnęłam teatralnie.
- To by się zgadzało - podsumował Adam, przyglądając się Ryan'owi.
- Ogłaszam wszem i wobec, że ona jest wolna, jeśli jesteście zainteresowani - powiedział Max, po czym kopnęłam go w kostkę. - Ja też - dodał, uśmiechając się jak na zboczeńca przystało.
- Rozumiem, że nie chcesz, bym wspomniała o pewnej dziewczynie, która spędza ci sen z powiek? - uniosłam brwi.
Upomniał mnie wzrokiem.
W tym momencie zadzwonił mój telefon. 
- Wybaczcie - mruknęłam i wyszłam na korytarz.
- Słucham?
- Fran? - Megan.
- Czeeść! Gadałyśmy wczoraj. Coś się stało?
- Tak właściwie to... to tak. Biorę ślub!
- Nie strasz...
- Matt mi się oświadczył, rozumiesz?!
Oparłam się plecami o ścianę i ciężko oddychałam, żeby się nie roześmiać. W progu zobaczyłam Peat'a, który stał z rękami w kieszeniach i przyglądał mi się cierpliwie.
- Gratuluję! Kiedy nadejdzie ta katastrofa?
- Bardzo zabawne... Planujemy ślub dwudziestego trzeciego grudnia, tuż przed świętami.
- To całkiem... romantyczne. I oszczędne. Możecie wyprawić wigilię i wesele zarazem - zażartowałam.
- Muszę kończyć... Ale wiesz, że jesteś pierwszym gościem na liście? Moją świadkową zostanie zapewne siostra, mama mi nie przepuści... Jednak chciałabym, żebyś to była ty.
- Lepiej dla ciebie, żebym nie była - uśmiechnęłam się.
- Zacznij szukać osoby towarzyszącej! Paa.
- Byee - mruknęłam, rozłączając się.
Podniosłam wzrok na Joel'a. Uśmiechnął się leniwie.
- Jakiś problem? - spytałam, odczytując smsa od Nath'a.
Pokój numer trzynaście był wolny i czekał na mnie.
- Proszę - wręczył mi kawałek jakiejś kartki. - Ale nie odczytuj przy mnie, już znikam!
I cofnął się do chłopaków.
Gdy pędziłam w stronę trzynastki, rozwinęłam skrawek i zobaczyłam rząd cyferek, a pod spodem imię 'Joel' i prośbę o napisanie.
Załatwione - pomyślałam, uśmiechając się szeroko.

Czułam się obserwowana przez prawie cały czas, gdy śpiewałam. Nawet nie wiecie, jaką miałam ochotę wyjść i przepędzić tego kogoś, kto teraz mnie podglądał.
- No, ładnie Fran - Theo klasnął w ręce.
Ściągnęłam słuchawki z uszu.
- Myślę, że ludzie pokochają żeńską wersję Ed'a Sheeran'a - poklepał mnie po ramieniu. - Sama napisałaś te wszystkie teksty?
- No tak się składa, że ja - wzruszyłam ramionami.
- Mogłabyś zrobić furorę, odsprzedając je gwiazdom.
- Właśnie kończę coś dla The Wanted - uśmiechnęłam się.
- Niedługo będzie o tobie głośno! Piosenka z The Wanted, teraz twój pierwszy singiel... Będzie dużo pracy, ale na pewno się opłaci - zatarł ręce.
- Dziękuję, Theodore. Strasznie mi pomagasz - szepnęłam, wyciągając do niego ręce.
Objął mnie, a w trakcie przytulania mocno klepał mnie w plecy. Miał tak w zwyczaju. Był porównywany przez chłopaków do misia, bo uwielbiał się przytulać.
- Czyli nie zobaczymy się przez następny miesiąc? - spytał, gdy go puściłam.
- Myślę, że zobaczymy się dopiero w przyszłym roku - westchnęłam.
- Na twoim miejscu, kułbym żelazo póki gorące.
- Nie chcę podporządkowywać wszystkiemu karierze. A przynajmniej nie teraz - uśmiechnęłam się do niego, zabierając swoją torbę i zeszyt. - Do widzenia!
- Trzymaj się!
Otworzyłam drzwi, a przy oknie stał Max, Joel, Nathan, Ryan i Tom. 
- Aż takie głupie miny robiłam? - zapytałam, zerkając na nich.
- Doszliśmy do wniosku, że gdy śpiewasz jesteś jeszcze piękniejsza niż normalnie - odpowiedział Nathan.
- Jeżeli podlizujesz się tylko po to, bym pożyczyła ci cadillaca na podryw, to zapomnij - zastrzegłam.
Sykes teatralnie spuścił głowę. Gdy podeszłam bliżej, Parker objął mnie ramieniem.
- Idziesz coś przekąsić z nami? - zaproponował.
- Za godzinę, bo my jeszcze nie skończyliśmy - dodał Max.
- Za półtorej, bo my dopiero zaczęliśmy - rzucił Ryan.
- Ugh, świetnie - przewróciłam oczami.
- Chłopaki! - krzyknął Jay z holu. - Chodźcie, musimy nagrać coś razem!
Nathan pomachał mi, a potem razem z Tomax'em (co jest dziwnym połączeniem Toma z Max'em) pobiegli do swojej sali.
Chciałam zawołać, żeby mnie nie zostawiali tutaj samej, ale nie mogłam zrobić z siebie idiotki.
- No to chodź z nami, skoro już skończyłaś - Joel uśmiechnął się.
- Właśnie, lepiej się poznamy - Ryan objął mnie ramieniem.
Chcąc, nie chcąc - pod wpływem siły Fletcher'a musiałam ruszyć się z miejsca. Zaczęliśmy iść w stronę ich pokoju.
- Ryan, na jakiej grasz gitarze? - spytałam po chwili.
- Ja gram na bass guitar - powiedział to z przesadnym akcentem, rozkładając teatralnie ręce.
- A ty, Joel?
- Ja na lead guitar - przedrzeźniał Ryan'a, z takim samym rozkładaniem rąk.
Parsknęłam cichym śmiechem.
- Adam jest perkusistą, Andy gra na akustycznej i śpiewa - dokończył blondyn.
- Oczywiście, my śpiewamy jeszcze chórki - włączył się Joel, wypinając dumnie pierś.
- Czymże by były te pieśni bez naszego jakże wspaniałego tła? - Ryan zagrał to dramatycznie.
Tutaj przeszliśmy przez drzwi z plakietką 'Lawson'.
- Cześć! - wesoło krzyknął Adam, podrzucając pałeczki.
- Witam - ukłoniłam się nieznacznie.
- Ryan, Adam - pojawił się Andy - będziecie zaraz próbować.
- Tak jest! - Ryan zasalutował i naśladując żołnierski chód, wszedł do drugiej komory.
Zaraz oczywiście się wrócił po gitarę. Za to Adam, na spokojnie zabrał swoje pałeczki ze sobą, bo druga perkusja czekała na niego w środku.
Andy pokiwał głową i westchnął ciężko.
- Nie wszyscy są tak zorganizowani jak ja - powiedział. 
- A telefon znalazłeś? - Joel z cwaniackim uśmieszkiem oparł się o ścianę.
- Telefon? - Andy zdawał się zdziwiony. - MAX!
I wybiegł z pokoju w prędkości światła.
Zostałam w pomieszczeniu sama z Peat'em. Rozejrzałam się w środku, a moją uwagę przykuła gitara oparta o ścianę. Trochę bez pardonu pogładziłam ją po strunach.
- To moja - usłyszałam za sobą ciepły głos Joel'a. - Chcesz spróbować zagrać?
- Raczej nie, nie będę umiała - przyznałam.
Sięgnął po gitarę, podniósł ją i usiadł na kanapie. Poklepał miejsce obok.
- Chodź, nauczę cię - powiedział, uśmiechając się lekko.
Usiadłam obok niego. Zaczął grać piosenkę 'Marry The Night', którą od niedawna ćwiczyłam do nagrania cover'u. Bezczelnie było się tak na niego patrzeć, ale nie mogłam nic poradzić - cholernie mi się podobał. On sam, plus jego humor i to, jak świetnie potrafił grać na gitarze, przysparzało mnie o szybsze bicie serca.
- Ty chyba umiesz grać na gitarze akustycznej, prawda? - spytał po chwili 'rozgrzewki'.
- Trochę - stwierdziłam.
- To poradzisz sobie i z tą - podniósł ją i podał mi.
Westchnęłam głośno, i usadowiłam się wygodnie z jego gitarą na kolanach. Doskonale znałam nuty tej piosenki, więc usiłowałam cokolwiek wybrzdąkać, ale gitara wydała tylko żałosny jęk.
Joel zaśmiał się lekko, podczas gdy ja byłam zła.
- Pokażę ci - mruknął mi nad uchem. - Tylko spokojnie, bądź cierpliwa.
Przeniósł moje palce na odpowiednie struny, prawie ocierałam się policzkiem o jego policzek. Potem ujął moją drugą dłoń i poczułam ciepło przepływające od palców, przez rękę, aż do czubka głowy.
Peat musiał wiedzieć, co się ze mną działo pod wpływem jego obecności i jego dotyku. W nieodpowiednim dla mnie momencie odwrócił głowę, bym w pełnej okazałości mogła oglądać jego oczy. Splótł nasze palce, a ja przywarłam swoim czołem do jego. Uśmiechnął się uroczo, gdy potarł swoim nosem o mój, co też mnie rozbawiło. Zbliżał się moment kulminacyjny, już prawie czułam smak jego ust...
- Joel! To ty ukradłeś mi ten telefon? - usłyszeliśmy wołanie Andy'ego z korytarza.
Wstaliśmy jak oparzeni, ja szybko odstawiłam gitarę na swoje miejsce, i akurat wtedy wszedł Brown. Odetchnęłam w duchu.
- Mam swój, to mi wystarczy - odpowiedział Joel, uśmiechając się nerwowo.
W przypływie olśnienia, wyjęłam swoją komórkę i mimo, że nikt do mnie nie dzwonił, powiedziałam:
- Wybaczcie, cały dzień wydzwania do mnie koleżanka - westchnęłam. - Chyba muszę z nią porozmawiać. Do zobaczenia potem!
- Cześć! - odpowiedział Andy.
- Do zobaczenia - Joel miał zbytnio rozbawiony głos.

Szłam razem z chłopakami ulicą w kierunku McDonalds'a. To było tylko parę kroków od studia, więc postanowiliśmy się przejść. Poza tym - gdzie byśmy tu znaleźli bezpłatny parking?
To zdecydowanie wyglądało głupio, bo byłam jedną dziewczyną wśród dziewięciu chłopaków. I bynajmniej nie czułam się z tym tak wspaniale. 
Na dodatek, ciągle z czegoś się chichraliśmy. Chłopaki z Lawson zdecydowanie uwielbiali moje anegdotki o The Wanted, którzy z kolei starali się pogrążać mnie. Tak, dla równowagi.
Stanęliśmy przed pasami, czekając na zielone światło. Zaświeciło się żółte, i wtedy...
Moje serce zamarło. Stanęło, a potem zaczęło bić trzykrotnie mocniej. Z trudem złapałam oddech. Nie wiedziałam, czemu tak zareagowałam.
Po drugiej stronie ulicy zobaczyłam jego. Przez prawie pół roku nigdy go nie spotkałam. A teraz, jak na złość...
- Fran! Nie wygłupiaj się, chodź - Siva wziął mnie pod rękę.
- Nie, Seev. Nie mogę - wymamrotałam. - Nie mogę.
Kaneswaran instynktownie przeszukał wzrokiem drugą stronę. Wszyscy oprócz nas przeszli przez pasy. Parę samochodów zatrąbiło.
- Ten idiota! Nareszcie mogę się z nim rozprawić!
I - jak Boga kocham - Irlandczyk przebiegł przez pasy w sekundę. Pobiegłam za nim i zdążyłam złapać go za rękę.
- Nie wygłupiaj się, Seev - szepnęłam, uparcie patrząc mu w oczy.
To zazwyczaj go uspokajało. Chłopcy dziwnie na nas patrzyli.
- Coś się stało? - spytał Andy.
- Nie - zaczęłam, ale Seev zdążył wszystko wypaplać.
- Widzicie tego faceta, tam? - wskazał na Arthur'a, który właśnie kupował gazetę w kiosku. - To były narzeczony Fran. Zdradził ją i odszedł, wyobrażacie sobie? Nawet nie wiecie, jak ona to przeżywała i przeżywa nadal, tylko udaje. A teraz nawet nie pozwala dać mu w pysk.
Poczułam, że mój podbródek niebezpiecznie drży, a oczy pieką. Reszta była w szoku. Kaneswaran zaciskał ręce w pięści.
- Dzięki za skrót mojego życia - odparłam zimnym tonem. - Przeszedł mi głód, a mam jeszcze dużo do roboty. Wrócę sama, nie martwcie się - dodałam, odwracając się na pięcie.
- Przepraszam! - Siva pobiegł za mną.
Uniosłam rękę w górę, a ten gest miał oznaczać, że mam dość. Irlandczyk zatrzymał się.
Przeszłam przez pasy, sprawiając że trąbiły na mnie wszystkie samochody. Udało mi się zahamować łzy, które chciały bezczelnie spływać i pokazywać moją słabość.

Rozległo się pukanie do drzwi.
To śmieszne, ale jeszcze nie założyłam tego idiotycznego dzwonka do drzwi.
Pogłaskałam Gerarda, a on zsunął łeb z moich kolan. Zepchnęłam też koc z nóg, a laptopa postawiłam na stoliku. Przebiegłam przez salon i otworzyłam drzwi.
- Cześć, Kochana - Ree uśmiechnęła się.
- Dobrze, że jesteś. Wchodź - zamknęłam za nią drzwi, gdy weszła.
- Dawno nie robiłyśmy sobie babskiego wieczoru - zaczęła, pokazując mi torebkę. Wyjęła z niej wino. - Mam też parę filmów i coś słodkiego.
- Napiekłam dzisiaj z tysiąc ciastek, więc o to ostatnie nie musimy się martwić - zaśmiałam się, trochę sztucznie.
Gerard leniwie wszedł do holu. Gdy zobaczył Ree, zamerdał ogonem, dał się pogłaskać, i poszedł do sypialni na łóżko.
Kiedy Nareesha się rozebrała, wyjęłam kieliszki i moje ciastka. Przyjaciółka włączyła Titanica na DVD i poczułam się tak, jak dawniej.
Ległyśmy na kanapie, przykryte kocem obok siebie. Londyn zasypiał; tylko światła na ulicy odganiały myśl, że jest nawiedzony. Wiatr wstrząsał gałęziami drzew, a deszcz bębnił o szyby z uporem.
- Tyle się pozmieniało - westchnęła. - Pamiętasz, jak jeszcze rok temu robiłyśmy ogniska z Megan, Matt'em i Sivą?
- Pamiętam - uśmiechnęłam się, kładąc głowę na jej ramieniu. - A teraz zostało nam tylko uciekać przez fotografami i udawać wielkie panie na galach - posmutniałam.
- Siv'ie jest naprawdę przykro, Fran - zmieniła temat. - Nie gniewaj się na niego. Chce jak najlepiej dla swojej młodszej prawie-siostry - brzdąknęła mnie w nos.
- Wiem, nie gniewam się - powiedziałam. - Tylko... jak go zobaczyłam, poczułam się tak strasznie dziwnie...
- Chcesz o tym porozmawiać?
- Tylko ty i Siva znacie całą historię - wyprostowałam się. - Tylko wy wiecie, dla kogo mnie zostawił.
- Ale wszyscy wiedzą, że był kompletnym palantem - odparła szorstko. Nigdy nie przepadała za Arthur'em.
- Wybrał tą ładniejszą, lepszą... 
- I głupszą...
- Ale był z nią szczęśliwy - łyknęłam wina.
- Przez dwa tygodnie - uniosła brwi.
- Gdybym nie została sama, nie mogłabym znów robić tego, co kocham. Nie mogłabym zaprzyjaźnić się z The Wanted, ani poznać Lawson - wzruszyłam ramionami.
- Och, tak...
Przytuliła mnie lekko, akurat w scenie gdy po raz pierwszy pojawił się Jack. Oglądałam to, ze spokojem na twarzy. W środku jednak rozpadałam się na kawałki.
Alisha Toison.
Najpierw dała mi nadzieję, potem oszukała i zniszczyła. A żeby dopełnić swego dzieła, zabrała mi coś najcenniejszego.
Arthur'a.


Hello everyone!
Tęskniliście?
Nawet jeśli nie, to i tak dodałam nowy rozdział. Musicie to przeboleć.

Powiem, że jestem naprawdę mile zaskoczona! Planowałam zeswatać Frankę z Joel'em od początku, a Wy sami to zaproponowaliście! Byłam pewna, że raczej ten pomysł nie przypadnie Wam do gustu. Ale skoro tak, mogę powiedzieć, że już bardzo bardzo niedługo się ze sobą 'spikną'.
Jeśli ktoś oczekuje na Zbuntowanego Anioła Nathan'a, z przykrością stwierdzam, że pojawi się dopiero około 17 rozdziału.
Ogólnie, będzie wiało nudą, więc... możecie już skończyć to czytać. ;D

Co do bloga numer DOS, ogłaszam wszem i wobec - pracę nad nim rozpoczęłam. To oznacza, że nieubłaganie zbliża się moment założenia i... Strzeżcie się.
Właśnie. Zna ktoś może kogoś zajmującego się nagłówkami?

Coś jeszcze? Może dam Wam przedsmak kolejnego rozdziału... Albo nie. Powiem, że będzie dużo Froel'a/Joan'a. Dziwnie to brzmi.

Kończę tę żałość.
Proszę jeszcze tylko o komentarze, ale... no, znacie mnie. ;D

I Love Ya!


niedziela, 6 stycznia 2013

Rozdział czternasty


Witamy z Londynu. Nadal wieje i jest zimno. Niedługo przestanę to mówić, bo w Londynie zawsze wieje i jest zimno.

- Tak, rozumiem - powiedziałam. - Ale w pańskim domu proponowałabym jasne koncepcje. Nie ma tam tak wiele okien. Ale dobrze, może być ciemno, skoro chce pan wydawać podwójnie na rachunki od światła - westchnęłam.
- Panno Orchard - cicho upomniał mnie szef Mark, który akurat przechodził.
- Musi się pan zastanowić? Zaczynam się do tego przyzwyczajać - mruknęłam. - Dobrze, mogę zadzwonić za półtorej godziny. Do widzenia!
Odłożyłam słuchawkę i rozciągnęłam się na fotelu. Bieber odetchnął głośno, po raz kolejny ścierając coś na kartce.
- Co jest? - spytałam.
- Ta linia ciągle jest krzywa - ziewnął. - Narysujesz?
Podniosłam się z fotela i pomogłam mu. Gdy rysowałam, zaczął swój podryw:
- A co robisz dziś wieczorem?
- Tak się składa, że idę na koncert mojego kolegi, Maxa - odparłam wystarczająco głośno, by Gwen to usłyszała.
- Jest w zespole? - zainteresował się.
- Chyba znasz The Wanted? - prychnęłam, odrzucając ołówek po narysowaniu linii.
- Żartujesz! Jak mogłem go nie poznać?
Zerknęłam na Gwen. Gryzła ołówek, spoglądając w okno.
- Szczytny cel, zbierają na fundację - dodałam, bo wiedziałam, że Gwen lubi takie sprawy.
- Jaką? - wyrwało jej się.
- Na rzecz osób z nowotworem - bąknęłam, ukrywając uśmiech.
- Chyba o tym słyszałam...
- Musisz iść! - włączył się Justin. - Pewnie chcesz wspierać swojego przyszłego chłopaka!
W odpowiedzi dostał od Gwen gumką w twarz. Zabrałam swoją torbę z krzesła.
- Idę na kawę, na razie nie mam nic do roboty - oznajmiłam tamtej dwójce i Katherine, aktualnie grzebiącej sobie w paznokciach.

Zaszłam do kawiarnii 'Golden Sky', którą uwielbiałam. Przez trzy miesiące trochę się rozbudowała, co może i nie wyszło jej na dobre, ale kawa nadal była tam tak pyszna, jak przedtem.
Zamówiłam sobie mocną, czarną kawę. Po minucie dostałam ją pod nos. Z lubością podniosłam sporą, białą filiżankę i możliwe że zbyt szybko się obróciłam. Moja filiżanka zaliczyła bliskie spotkanie z inną, w wyniku czego moja i jeszcze jedna kawa rozlały się na podłogę.
- Świetnie - mruknęłam.
Moje oczy powędrowały w górę. Zmarszczyłam czoło, ale szybko skojarzyłam te niebieskie oczy. Zderzyłam się filiżankami z Joel'em Peat'em.
- Francessa - skwitował, uśmiechając się zadziornie.
- Joel - zawtórowałam mu.
- Zawsze rozlewasz kawę ludziom w południe? - zapytał, unosząc brew w górę.
- Tylko wtedy, gdy są to osoby, które poznaję - wzruszyłam ramionami.
Parsknął lekkim śmiechem.
- Mam propozycję - zaczął. - Ja, ty i dwie mocne kawy. Co ty na to? - uśmiechnął się.
- Tylko pod warunkiem, że tym razem na mnie nie wpadniesz - powiedziałam.
- Ja na ciebie wpadłem? Ja? - dodał do tego jeszcze wymowne stukanie się w pierś.
- No pięknie! Co zrobiliście? - pani Mary wyjrzała zza lady.
Pani Mary była kobietą spokojną, do czasu gdy się nie zdenerwowała. Mimo wszystko, lubiłam ją.
- Zapłacę podwójnie - Joel uniósł rękę i oparł się o bar.
Zaczarował ją tym swoim uśmiechem. Fajnie. 
- No dobrze, ale następnym razem wy sprzątacie! - łypnęła na nas.
- Nie powinieneś być na próbach? - spytałam, gdy Mary poszła robić dwie kawy.
- Jay'owi ciągle coś przeszkadza i od trzech godzin ciągle ćwiczą... Lawson ma na razie przerwę - odpowiedział.
- Królewicz James, mogłam się tego domyślić - powiedziałam bardziej do siebie, niż do niego.
Uśmiechnął się znów. Zauważyłam, że Mary kończyła naszą kawę.
- Ja pójdę do stolika, skoro jesteś lepszy w noszeniu kawy - oznajmiłam.
I zanim Joel zdążył się odwrócić i coś mi odpowiedzieć, już stawiałam torbę na fotelu.
Miałam ochotę zadzwonić do Jay'a, i już nawet trzymałam w dłoni telefon, ale... ale po co miałabym dzwonić? Żeby spytać, na co jest tak wiecznie zdenerwowany? Dostałabym niezłą burę, gdybym się ośmieliła.
- Kawa dla Princessy Francessy - usłyszałam, wyrwana z rozmyślań.
Przede mną wylądowała, tym razem nierozlana, czarna kawa. Jej aromat przyjemnie się unosił i otulał moją szyję ciepłem.
Joel usiadł przede mną i zatarł ręce.
- Wreszcie - westchnął, chyba coś mi sugerując.
- Zjadłbyś coś słodkiego do tego? - spytałam. - Tak jakby, to też trochę moja wina, że straciliśmy kawy. Mniejsza, ale zawsze - uśmiechnęłam się tryumfalnie.
- Wiedz, że lepiej mieć we mnie sojusznika niż wroga - zastrzegł, poruszając brwiami.
- Grozisz mi? - udałam oburzenie.
- Tylko daję rady - uniósł ręce, przekonując o swojej niewinności.
- Mam nadzieję, że lubisz szarlotkę - westchnęłam, wstając.
Gdy tylko podeszłam do lady, Mary obrzuciła mnie z lekka jadowitym spojrzeniem. Zamówiłam szarlotki, a gdy mi je podawała, wydawała się już spokojna.
- Czy to nie ten sławny chłopak z One Direction? - spytała cicho.
- Nie, z Lawson - sprostowałam.
- Ech, oni wszyscy tacy przystojni!
No i miała rację. Joel był bardzo przystojny, tak jak cała reszta jego kolegów z zespołu i z The Wanted. Chłopcy z One Direction również byli niczego sobie. 
Postawiłam przed Joel'em szarlotkę na ciepło z bitą śmietaną, a drugą zostawiłam sobie. 
- Jesteśmy kwita? - zapytałam, dobierając się do ciasta.
Pokiwał tylko głową, bo właśnie przeżuwał szarlotkę.
- Będziesz dziś na koncercie? - podjął, gdy przełknął.
- Muszę, w zamian za nocleg - odpowiedziałam, nie zastanawiając się nad sensem.
Parsknął śmiechem.
- To znaczy... Max postawił mi taki warunek w zamian za pokój do spania - spróbowałam, ale potem machnęłam ręką.
- To miło, że będziesz - ruszył brwiami.
- Dlaczego? - zapytałam z przekorą.
- No bo - odchrząknął - będzie okazja, żeby lepiej się poznać.
- Teraz też jest - wzruszyłam ramionami.
- To opowiedz mi coś o sobie - wsparł głowę na dłoni i dziobał widelcem w szarlotce, patrząc na mnie.
- To będzie nudne - tymi słowami zaczęłam. - Ale potem ty?
- Oczywiście - uśmiechnął się szeroko.

- Dobrze, robi się - mówiłam. - Świetny pomysł! Ma pan gust, jest pan taki pewny siebie... Jutro? W weekendy nie pracujemy. W poniedziałek, oczywiście. Do widzenia!
Rozłączyłam się. Szybko zaczęłam zbierać swoje rzeczy, by jak najszybciej dostać się do domu i się przebrać.
- Jakoś milsza się zrobiłaś - zauważył Jus, przechadzając się z segregatorem po pomieszczeniu.
- Kawa pomaga - odpowiedziałam, uśmiechając się do siebie.
Spędziłam z Joel'em całą godzinę w kawiarni, rozmawiając. Było naprawdę miło. Poprawił mi humor. Tylko tyle.
Nie zastałam dużych korków, co bardzo mnie ucieszyło. W mieszkaniu Gerard skoczył na mnie ze trzy razy, ale potem wyprowadziłam go do - uwaga - pana Bartoli, dozorcy. Szczerze polubił to bydle.
Założyłam jeden z moich nowych nabytków - czarną sukienkę z białym kołnierzykiem do kolan, rozszerzaną na dole. Na nogi włożyłam swoje ulubione limonkowe szpilki, które dostałam od Nareeshy. Za dodatki potraktowałam limonkową bransoletkę i limonkową spinkę-kokardę, którą podpięłam grzywkę.
Do małej torby spakowałam kilka rzeczy - ubranie na jutro, szczoteczkę do zębów etc, żebym nie musiała wracać się po koncercie do mieszkania. O mało nie zapomniałam o moim magicznym zeszycie.
Zamknęłam drzwi na klucz i zbiegłam (a przynajmniej próbowałam) do mojego samochodu.

Zapukałam do drzwi garderoby z dużą kartką z napisem "The Wanted". Otworzył mi pół nagi Tom.
- Dobrze cię widzieć - powiedział, przytulając mnie.
- Stało się coś? - spytałam, wchodząc do środka.
- Wow, ślicznie wyglądasz! - usłyszałam Nath'a, który od razu przygarnął mnie do siebie.
Przywitałam się z nimi wszystkimi, aż w końcu uściskałam Ree. Wyglądała na bardzo dumną.
- Spójrz na nich! Bardzo się cieszę, że chcą udzielać się dla innych - powiedziała, uśmiechnięta. - No i ładne masz te buty!
Zostałam zatrudniona przy pomaganiu chłopakom w ubieraniu się. Pięciu mężczyznom pomagało sześć kobiet! Ja, Ree, Kelsey (która o dziwo dziś się pojawiła) i trzy stylistki. Kiedy zawiązywałam Max'owi krawat, szepnęłam mu na ucho:
- Wspomniałam jej.
Uśmiechnął się szeroko, pogładził mnie po włosach i spytał:
- Myślisz, że mam kogo szukać na widowni?
Kiwnęłam głową twierdząco i ni stąd, ni zowąd - do garderoby TW wsypało się jeszcze czworo ludzi.
- Boże, Tom! Ubierz się, zaraz oślepnę - zawołał Ryan Fletcher, specjalnie zasłaniając sobie oczy ręką.
- Cicho, idioto - odkrzyknął Parker, rzucając w niego poduszką.
- Witam, witam! Ale o zdrowie nie pytam. Wiem, że jesteście zdenerwowani - wygłosił Andy, walając się na kanapę.
- Fran? - usłyszałam za sobą Sykes'a. 
Nieporadnie trzymał krawat i prosił mnie wzrokiem, bym mu go zawiązała.
Westchnęłam głośno i po chwili jego grafitowy krawat równo wisiał na jego szyi.
- Jesteś kochana, wiesz? - spytał, obejmując mnie ramieniem.
Zaraz zastygł, poczułam jak jego ciało się napina. Zerknęłam na niego.
- Widzisz ją? - wskazał palcem na ładną blondynkę rozstawiającą jedzenie. - Śliczna, co? Chyba trzeba ją poderwać.
- Zaczyna się - westchnęłam.
Adam i Ryan bili się poduszkami, reszta odpoczywała w różnych kątach pokoju. Joel siadł na kanapie niedaleko nas. Tak, bym mogła ciągle go widzieć.
- Wiem, jak to zaaranżować - klasnął w ręce, jednocześnie mnie puszczając. - Wyleję na nią kawę. To zawsze działa! Jak chcesz kogoś poderwać, idziesz na niego z kawą!
Mimowolnie mój wzrok zatrzymał się na Joel'u, który uśmiechnął się tajemniczo i błądził wzrokiem po pomieszczeniu. Długo wstrzymywałam śmiech i ograniczyłam się do głupiego uśmiechu. Oparłam czoło o ramię Nathan'a, chichocząc.
- No co, zły pomysł?
- Świetny, Nathan - odezwał się Joel, z kanapy i uniósł kciuki w górę.
- Próbuj, Babe - poklepałam go po ramieniu.
Rozweselony Nath pobiegł w stronę tamtej kobiety. Dopiero wtedy wybuchnęłam śmiechem.

- Żeby było jasne, nie próbowałem cię poderwać - usłyszałam Joel'a.
Natychmiast się obróciłam. Wyglądałam zza kulis na występ Amelii Lily, oparta o kolumnę. Przestraszył mnie.
- Szkoda - wyrwało mi się - że Nath'owi się nie udało z tą blondynką - dodałam natychmiast.
- Racja. Szczególnie po tym, jak oblał jej całe ubranie - przybrał zamyślony wyraz twarz, na pokaz.
- Bo kawę trzeba umieć rozlewać - podsumowałam.
Uśmiechnął się szeroko. Przez chwilę w ciszy spoglądaliśmy razem na scenę i szalejącą po niej artystkę od "You Bring Me Joy".
- Nie mówiłem ci jeszcze, że ślicznie wyglądasz? - odezwał się po chwili.
- To już podchodzi pod podryw, wiesz? - zażartowałam. - Ale dziękuję. Ty też całkiem przystojnie.
- Również dziękuję - skinął głową.
Amelia zeszła ze sceny, uśmiechnęła się nawet do nas. A raczej do Joel'a, ale... cóż.
- The Wanted Time - klasnął w ręce.
- To już? 
Natychmiast podbiegłam do naszej grupki. 
- Życz mi szczęścia - szepnął Max, przytulając mnie.
- Będziecie świetni, jak zawsze!
Nathan już do mnie podchodził, jednak byłam pierwsza. Wsparłam się na jego ramionach i w miarę możliwości stanęłam wyżej. Pocałowałam go w czoło z satysfakcją.
On tylko się uśmiechnął i położył mi rękę na talii. Nareesha poprawiała muszkę Sivie, a Kelsey przytulała Tom'a. Wtedy podszedł Jay.
- A coś dla mnie na pocieszenie? - zmarszczył czoło. 
- Nie wiem, czym się tak denerwujecie - powiedziałam. - Jesteście profesjonalistami! Cały czas będę was obserwować z widowni - mówiłam, delikatnie poprawiając jego loczki.
- Fran, chodźmy już na nasze miejsce - Ree pojawiła się obok. 
Przybiłam z Sivą piątki, on jak zawsze lekko podniósł mnie do góry podczas uścisku. Ścisnęłam policzki Tom'a i odwróciłam się do Nareeshy. Złapała mnie pod rękę.
- To wcale nie jest aż taki wielki koncert - zaczęła mnie przekonywać, choć bardziej tego potrzebowała.
- Poradzą sobie, zobaczysz! - uśmiechnęłam się.

"I Found You" szło im dotychczas naprawdę dobrze! Widziałam, jak Ree głęboko oddychała, gdy miała przyjść kolej Sivy, jednak potem tylko się uśmiechała. Kiedy zbliżała się solówka Nathan'a, spojrzał z pewnym niepokojem na publiczność, wyraźnie kogoś szukając. Okazało się, że to o mnie mu chodziło. Wyszczerzyłam się do niego i pokazałam dwa kciuki w górę, po czym wziął głęboki oddech i zaśpiewał tak, jak nigdy dotąd.
"Lightning" i "Chasing The Sun" wyszło im rewelacyjnie. Cała publika świetnie się bawiła przy dobrze znanych kawałkach.
Ucieszyłam się, gdy ta piątka przeciskała się naszym rzędem do swoich miejsc. A jeszcze bardziej, gdy obok siebie miałam już nie tylko Nareeshę, ale też Max'a.
Następnie, na scenę wkroczył zespół Lawson. George niby przypadkiem uderzył swoim kolanem o moje. Poczekałam, a gdy zaczęli grać "Standing in the dark", spojrzałam na niego znacząco.
- O co ci chodzi? - zapytał.
- To ja pytam - uniosłam brew.
- Mnie o nic nie chodzi - zrobił minę niewiniątka. - Ładnie wyglądacie z Joel'em.
Moja mina przybrała wyraz oburzenia.
- Widziałem, jak razem patrzyliście na Amelię Lily zza kulis - na jego twarz wcisnął się jadowity uśmiech.
- No i?
- Nic, nic - westchnął. - To świetnie, że próbujesz nowych rzeczy po tym, co się stało... z wiesz kim. 
Pokręciłam głową z dezaprobatą. Nie zaczynałam do Joel'a! Ani on do mnie. 
Ech, ten Max.
- Widziałeś ją? - spytałam, patrząc na scenę.
Uśmiechnął się szeroko i pokiwał głową.
- Sektor D, rząd 35, jeśli dobrze policzyłem - odpowiedział. - Ciekawe, skąd miała takie dobre miejsca?
Kiedy zrozumiałam, że to było pytanie retoryczne, mogłam w spokoju skupić się na występie. Zaczynali grać jedną z moich ulubionych piosenek, "Learn To Love Again".

Wszyscy wstali z miejsc. Koncert akurat się skończył. Niektórzy jeszcze bili brawo, inni już wychodzili. Razem z resztą dołączyłam do owacji, aż do momentu, gdy prezenter zszedł ze sceny. Dopiero wtedy zaczęliśmy przepychać się w stronę kulis i garderoby chłopaków, gdzie zostawiłam torebkę i gdzie nadal znajdowały się rzeczy chłopaków.
Nie było żadnego after-party, reporterzy nie buszowali wszędzie. Nie chciano bawić się na koszt chorych, dla których prowadzono zbiórkę.
- Czyli wszyscy jedziemy do nas? - zapytał Seev, zdejmując marynarkę.
- Fran też? - zapytała Kelsey.
- Tak, bo jutro rano musimy jechać do studia - wyręczył mnie w odpowiedzi Jay.
- Fran? Wiesz, jutro będziemy mieć gości w studio - podjął Tom, podczas rozwiązywania krawatu.
Zauważyłam, że Max znów wyszczerzył się do siebie.
- Chyba domyślam się, kogo...
- To widzimy się jutro? - Adam wsunął głowę do garderoby.
Nad jego głową zobaczyłam czuprynę Andy'ego.
- Max, ubierz się! - krzyknął i uciekł.
Pokręciłam głową i zarzuciłam sobie torbę na ramię.
- Do jutra! - James powiedział to zbyt nachalnie i dodał jeszcze machanie ręką.
Westchnęłam głośno i oznajmiłam, że idę już do samochodu. Jakoś nie miałam ochoty oglądać, jak chłopcy chodzą nadzy po pomieszczeniu bez wstydu.
Wiem, jestem dziwna.
Rzuciłam torbę na miejsce pasażera, a potem sama wygodnie usadowiłam się przed kierownicą. Do jazdy ściągnęłam szpilki, by lepiej czuć pedały. Opatuliłam się skórzaną kurtką, włączyłam ogrzewanie nóg i radio.
Czekałam jakieś dziesięć minut, gdy The Wanted z Nareeshą i Kelsey zeszło na dół. Wtedy odpaliłam silnik i ruszyłam powoli w stronę ich domu.

Wybaczcie, ale dziś nie mam wcale dużo czasu, dlatego napiszę mniej niż normalnie.
Więc, minął tydzień i pomyślałam, że dodam rozdział. Macie, cieszcie się.
Ogólnie to mam pomysł na nowego bloga, nawet zaczęłam nad nim pracę. Czytałybyście? Też o The Wanted, w moim, wesołym stylu... Opowiem więcej, jk wykażecie zainteresowanie.
Ech, no i to będzie żałosne - komentujcie proszę!
Ogólnie to Was uwielbiam i cieszę się, że czytacie ten badziew... Dam Wam za to gif z przesłodkim Tom'em.
See ya!